plaza, zwir, ooo polamane wiaderko, bezpanska boja, foremka, kawalek styropianu, zuzyta prezerwatywa, z ktorej morze wyplukalo potencjalnego geniusza albo debila, papierek po duplo, kamienie, kamienie, kamienie.
jestem sam na plazy, gapie sie na niebo, morze, chmury, czasem pod nogi. nie mam, co ze soba zrobic. ide wiec dalej.
pogoda do dupy, ale korzystam z godzinnej przepustki - jedynej okazji, by pobyc samemu. spaceruje po plazy...hmmm lekka przesada! bo grzezne w zwirze i przemieszczam sie z nieokreslonego punktu A do punktu B kawalek dalej po prawej.
saaaaam. hehe nikt mnie nie widzi, mam ochote wyjac czlonek skazany na wygnanie z tych miejsc wilgotnych i cieplych, ktore ktos kiedys podobnie osadzil na wieczne niewypelnienie, i oddac mocz do morza. ale nieeeee, jak zwykle nie mam jaj, zeby to zrobic! ide wiec dalej...
spadaja pierwsze krople deszczu - qrva, cza stont spjerdalac - i przepedzaja mnie z plazy.
ide wiec dalej w strone centrum.
ulica nieznanottiego, mazziniego, pelna internet pointow opanowanych przez kolorowych, chinski sklep, a przed nim zolte postaci. EJ! ty M A D E I N C H I N A, ja M A R C I N, ja F R I E N D z P O L A N D. hehehe juz prawie jestem w mojej kawiarni.
macchiato z briochem, uaaaaaa mial byc lekko podgrzany! cale podniebienie poparzone, nawet zeby! gapie sie tepo przed siebie i przygladam sie przechodzacym ludziom. jakie nastolatki, brzydki gruby pan, ooooo jaka mila pani, pauza, pan z psem, pauza, chlopiec z kwiatami...
i onda se sjetim nje. da! samo jednom je dobila cvijece od mene, onda za rodendan kad sam bio otrcao do jakominija da kupim blesavu ruzu. bljak, kako je to glupo! ali s druge strane, nekoc sam namjeravao kupit ogroman buket... no to mi nekako nije islo uz nju. drskost? beh... zaboravih! a onda? zadnji put u zagrebu... kupio sam cvijet za nju od neke babe dok sam pio kavu na cvijetnom... samo ga nikad nije ni dobila!
i wtedy mysle o niej, z pewnoscia dostala je dwa razy. raz roze, kiedy juz bylo wiadomo, raz bukiet konwalii... heheeh czekal na nia na portierni. i chyba jeszcze jakis bukiecik na herbacie u chinczykow. nie pamietam. tak, dawanie jej kwiatow sprawialo czysta przyjemnosc. bez obaw, co powie, jak zareaguje...
a kwiaty dla niej? tej z kosciuszki. pewnie jakas roza... hehe juz siodma, czas wracac w gory.
1 komentarz:
Cosa ci fai lì? Vieni qui che c'è il sole! :)
Slonce, cieplutko, mile ludzie, piekne miasto... tak, to "moje" miasto.
Bedziesz juz za pare dni!
jipiiiieeee!
Prześlij komentarz