luigia ma 95 lat, twarz pokryta zmarszczkami, rece pelne siniakow i niewladne nogi. przez caly dzien wpatruje sie w korytarz, bo czeka na swoja corke.
natretnie pyta przechodniow: - znasz Albe? znacie Albe? zna pan Albe? mieszka tu niedaleko. zadzwoncie do niej! powiedzcie, zeby przyszla, ooooo mamma mia. dlaczego ona nie przychodzi? ta corka, ta corka moja?
i zaczyna sie modlic... zdrowas mar... ojcze na... ave maria, madonna cara...
ktos tu szaleje! albo ja, poniewaz L wydaje mi sie byc calkiem normalna, albo ona, bo cos tu jednak nie gra... placze.
czuje sie jakos dziwnie, jak na mojej pierwszej kolonii, kiedy mialem 6 lat. (qrva, 20 lat temu!!)
wtedy tez nie wiedzialem, co sie dzieje, kiedy zaplakane dzieciory z mojej grupy ustawialy sie w kolejce do telefonu, zeby uslyszec swoich starych. a ja... hehe... siedzialem na podlodze i byc moze po raz pierwszy w zyciu poczulem samotnosc... bo do mnie nigdy nie dzwonili, do mnie nigdy nie pisali, do mnie nigdy nie przyjezdzali.
ohohohoho! modlitwy zostaly wysluchane! w koncu korytarza pojawila sie jakas staruszka. tak, to jej corka. podobnie jak matka z twarza pokryta zmarszczkami...
piątek, kwietnia 27, 2007
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz