villa maria - szpital z widokiem na morze
cztery godziny przy natretnie brzeczacej jarzeniowce na krzesle z widokiem na morze. czas plynie powoli, powolutko, powolutenko, materializujac sie w postaci kroplel spadajacych nieublagalnie w kroplowce. kap, kap, kap...
czytam - tym razem zabralem ze soba prousta, bo miller z de sadem maja jakis niezdrowy wplyw na mnie - zerkajac co jakis czas na A, na wspolpacjentki, na kolejnego jezusa na scianie. pacjentka X spi pochrapujac, pacjentka Y lypie na mnie swoim jednynym zdrowym okiem, zastanawiajac sie: a co on tu do cholery robi, ten lo straniero!? panuje cisza, senna, smiertelna cisza...
pacjentka X przebudzila sie i patrzy w sufit. ciekawe, o cyzm mysli? o nadchodzacej smierci? o mezu, byc moze umarlym? o rodzinie, ktora jej nie odwiedza? pewnie mysli o przerywanym snie bez snow, ktory tak bardzo meczy. zamyka oczy. spi, by obudzic sie za jakis czas, by ponownie zasnac ze swiadomoscia, ze za moment otworzy oczy... jak pies uganiajacy sie za wlasnym ogonem.
przechodza mnie ciarki, jakby ...yyyy... jakby powachala mnie smierc, zanim odeszla z pustymi rekami. w sali 24 zadnego zgonu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz