niedziela, maja 13, 2007


adywagator 09.05.2007.
Jeden z moich ostatnich dni w gównianofarmaceutycznym smrodzie szpitala Villa Maria. Siedze przy oknie z widokiem na morze, nudzac sie smiertelnie. Czasem zagladam do ostatniej ksiazki Bukowskiego – swoistego pamietnika pelnego oczekiwania na smierc - ale nie jestem w stanie czytac. Mysli uciekaja, watki gubia sie co drugi akapit. Wracam do ostatniego pobytu w Z, do dyskursu postmodernistycznego, do kontestacji, do kontestacji kontestacji. Pijany Bukowski rozbija sie po lazience. Rozmowa o przestrzeni pomiedzy transgresja a litera prawa. Bukowski o rasie ludzkiej, która wszystko wyolbrzymia – przede wszystkim wlasna role. Postpostmoderna, kiedy nie ma juz czego kontestowac. Bukowski o bezsensownosci szukania idealnej kobiety, o braku przyjaciól. Transgresja jako wyraz zle pojetej wolnosci buntowania sie. Bukowski o grafomanstwie wspólczesnych pisarzy. Postpostmoderna jako powrót do praw, zasad, konwenasów. Bukowski i jego niemoc pisania. Jalowosc dyskusji, marnosc argumentów, wiszaca nad wszystkim brzytwa Ockhama. Bukowski i jego kobiety. Za godzine wracam do P. Bukowski i jego metoda na znalezienie weny. Czas wracac do P.! Bukowski smieje sie szyderczo, do Millera mu jednak daleko. Czekanie na autobus we Wloszech przy 28 stopniach. Zar leje sie z nieba, asfalt grzeje od dolu, powietrze zatrzymalo sie gdzies pomiedzy Apeninami a morzem. Lekkie opóznienie: 1, 2, 3 minuty i nic, nie ma autobusu! Mokra plama pod skrzydlami powieksza sie z minuty na minute, na plecach niesmiale zarysowuje sie kolejna, ale jeszcze nie smierdze. Jeszcze! Nadjezdza. Wsiadam, kasuje bilet i zajmuje najblizsze wolne miejsce vis a vis jakiegos mocno opalonego czlowieka, który PATYKIEM dlubie w zebach. Przesiadlbym sie z checia, ale jeszcze pomysli, ze jestem rasista. Poprawnosc polityczna dnia powszedniego. Obserwuje bacznie pasazerów, bo kto podrózuje wloskimi srodkami komunikacji zbiorowej? Uczniowie szkól ponadpodstawowych, nieszczesnicy, którym zepsulo sie auto, imigranci unijni i spoza unii – ci mocno opaleni. Kolorowi - nikt tu do nich nie pala wielka miloscia, do nas zreszta tez. Zawsze sa jacys ONI, zawsze jestesmy jacys MY. Troche to juz nudne. Jak zwykle nie zdazylem na pociag do P. Mam godzine na spacer po plazy, wizyte w ksiegarni, jakas kawe. 100 metrów i jestem nad morzem, gdzie jeszcze sie nie zabikinilo ani zatoplessilo, ale z kazdym dniem przybywa spacerowiczów spragnionych nagich cial wczasowiczek. 60 metrów dalej znajduje Apostolów Renana, waham sie chwile. Z jednej strony kusi mnie krytycznym spojrzeniem na sekte chrzescijanska, z drugiej strony jezykiem, ale nie! Kupie jutro. Jeszcze 25 minut. Bladze po waskich uliczkach centrum Porto S., mijajac witryny sklepów z drogimi butami, odzieza i innymi markowanymi dobrami konsumpcyjnymi. Na ulicach przewaznie lansujaca sie gównazeria – dzieci smieci obrzydliwie bogatych rodziców. Ulizani, oetykietowani, wyperfumowani, nieswiadomi swojej kartykaturalnej smiesznosci. W poszukiwaniu pseudopartnera wszyscy ponizej 16 roku zycia. Siedemnastolatkowie trzymajacy sie za rece, osiemnastolatkowie udajacy doroslych w autach swoich rodziców. Wsród tych dziwaków czuje sie jak jakis zagubiony dinozaur. Lawka, ksiazka, jeszcze 15 minut. Wracam do Z sprzed trzech miesiecy, do pseudodyskursu, do gówna z którego wybrnalem. Najchetniej zasmialbym sie sobie w twarz, ale nie mam nawet lusterka.

na ryby 11.05.2007.
Marcin, pojebalo cie?! Pierwsza mysl, kt?ra przeszla mi przez glowe, kiedy o 3:30 zadzwonil budzik. Leze przez chwile w cieplym lózku, gapiac sie w sufit, zbierajac sily, by wstac. Przed oczami przelatuja mi obrazy wszystkich niedospanych nocy, sennych poranków na kilka godzin przed odjazdem pociagu czy autobusu – jest mrok, panuje ta sama cisza, a ja przeklinam moment, w którym zgadzalem sie na tak wczesne wstawanie. 20 minut pózniej jestem juz w samochodzie. Za kolejnych 20 minut bede na wodzie, w mikrolódce emerytowanego rybaka. G zabiera mnie na ryby, wlasciwie to na polów kalamarnic. Rok temu schodzilem na wode w ósemce, dzis... w jakiejs mydelniczce, ale i tak jestem szczesliwy, bo znowu moge poczuc opór wody przy przeciagnieciu wioslem, lekkie kolysanie, to, ze plyne. Mechaniczne sekwencje rak zamieniaja sie w ruch. Hoooop - przeciagniecie, wyjscie z wody, obrót wiosla, powrót, kolejny obrót wiosla, wejscie i hoooop... Jest jeszcze ciemno. Za plecami natretne latarnie miasta, przede mna mroczne morze ozdobione nielicznymi jasnymi punktami i ksiezycowa poswiata mieniaca sie na zeszkwalonej powierzchni wody. Powoli, w miare jak oddalamy sie od brzegu, nad niewidocznym wybrzezem Chorwacji zaczyna sie pojawiac coraz jasniejsza plama. Czern nocy przechodzi w granat zmierzchu, ten z kolei nabiera coraz jasniejszych odcieni dnia, wszystkie warianty niebieskiego mieszaja sie teraz z czerwienia, zwiastujac nadchodzace slonce. Gwiazdy znikaja, robi sie coraz widniej. Bez zbednych ceremonii z morza wyrasta slonce. Kawalek swiatla, który rosnie w oczach, przybierajac coraz bardziej znajomy ksztalt. Czerwony owal wznosi sie majestatycznie, z kazda sekunda nabierajac mocy, by w koncu oderwac sie od powierzchni morza. Jeszcze moment i zmieni sie w rozzarzony bezksztalt, na który nie mozna patrzec. A potem bylo juz tylko nudno.

Villa maria po raz ostatni
11.05.2007. Ostatnie godziny w Villa Maria uplynely pod znakiem krzyza syna odkupiciela swiata, pana boga Jezusa Chrystusowskiego, który bla, bla, bla... Musialem dzis uczestniczyc w liturgii. Jak zwykle skoncentrowalem sie na kazaniu i fragmencie z pisma, w odwrotnej kolejnosci oczywiscie. Podstarzaly ksiadz wciska mi do uszu prawde o synu boga, odkupicielu swiata, który byl tak laskaw, ze poswiecil swoje zycie dla mnie, dla mojego zbawienia; dla mnie, choc przyszedlem na ten padól dwa tysiace lat pózniej, kiedy swiat nie jest juz tak jebanie prosty; dla mnie, choc nawet mnie nie znal; dla mnie, choc nie wierze w jego boskosc; dla mnie, bo mam zaliczone wszystkie wymagane sakramenty. W swojej laskawosci tenze syn boga odkupuje wszystkie moje grzechy popelnione, te jeszcze nienastale, ba! nawet grzech, przy którym nie bylem obecny – mam na mysli obled pierworodny. Wszystko to otrzymuje od niego, bo mnie kocha. Absurd! Ksiadz twierdzi, ze jego ojciec - bóg - tez mnie kocha! Miloscia ojcowska, taka z wiecznym posmakiem adopcji, jak wlasne dziecko, lecz tak na 98%, bo jestem przeciez tylko adoptowanym bekartem. W zamian za to, musze kochac jego syna, bo przeciez cierpial za mnie na krzyzu. Jezu kocham cie, mimo ze cie nie znam, mimo iz nie zyjesz, mimo ze jestes facetem. Kocham cie jak... jak wieze z kosci sloniowej! Nigdy nie rozumialem, o co im chodzi z ta wieza, ale w dziecinstwie robila na mnie wrazenie. W dziecinstwie, kiedy zarazili mnie dzuma chrzescijanstwa, kiedy mialem wrazenie, ze uczestnicze w jakims tajemniczym, wiecznie zakazanym misterium. Bylem kurewsko naiwny. Czasem wyobrazalem sobie siebie w roli wspólczesnego meczennika w imie Jezusa czy w imie calego tego katolickiego balaganu. Moglem wtedy nawet umrzec za ksiedza proboszcza! Jezu, cierpienie, które mi ofiarowales, by odkupic moje winy, nie ma dla mnie najmniejszej wartosci, bo przeciez na nie zasluzyles! Poza tym Rzymianie starali sie zlagodzic twój ból, podajac ci do picia ocet! Zabili cie, poniewaz stanowiles swoiste zagrozenie dla ustalonego ladu i porzadku gminy zydowskiej, bo byles de facto heretykiem, eklektykiem, madrala w dobie powszechnego ciemnogrodu intelektualnego. A twoje chrzescijanstwo to kolos na glinianych nogach podszyty niedorzecznymi dogmatami, tania dziwka, która sprzedaje sie spragnionym niesmiertelnosci, ignorantom, co nie maja odwagi, by zrozumiec, ze raz sie zyje, raz umiera, iz niemozliwy jest powrót czy to w ciele duchowym, czy fizycznym. Ja wróce w tym z 14 kwietnia 2006, kiedy prawe kolano mialem zdarte od seksu albo w tym z 10 grudnia 2043, gdy lezalem w szpitalu po kolejnej nieudanej próbie wyleczenia marskosci alkoholem. Prosze ksiedza, prosze sie ode mnie odjebac. Musze dzis kupic Apostolów Renana, przynajmniej on mnie rozumie.

Brak komentarzy: