piątek, maja 25, 2007

sranja





20.05.2007
Punktualnie o 10:08 zjawiam się na stacji, by wsiąść do pociągu do An. Kasuję bilet, czekam kolejną minutę, wsiadam do przeklimatyzowanego pociągu, do ruchomej kostnicy pełnej zbyt mocno opalonych, ekstraunijnych, obywateli drugiego gatunku. Ja, unijny obywatel drugiej kategorii, nie mogę się na nich napatrzeć. Obserwuję ich ukryty za parawanem szkieł okularów przeciwsłonecznych, analizuję twarze, gesty, niezrozumiały język. Są sympatyczni, tylko strasznie śmierdzą. Widać nie wierzą w reklamy antyperspirantów, a może to religia nie pozwala im usuwać amoniakowego odoru potu.
Suniemy po szynach, zatrzymując się co kilka minut, by opaleni mogli wysiąść w nadmorskich miejscowościach obwieszeni torbami z okularami, paskami i innymi pseudomarkowymi towarami na sprzedaż. Rozkładają się później wzdłuż plaży i natrętnie wciskają swoje gówno przechodniom.
Mijamy Porto Potenza, Porto Recanati. Monte Cosaro rośnie z każdym kilometrem. Za oknem migają przesuwające się elementy krajobrazu: zieleń palm, czerwień dachów poprzeplatana z piaskowym brązem plaż oraz kamiennych falochronów wpisanych w falujący turkus morza. Okno, książka, okno... tunel.
An
Miasto - jego zapach, hałas, ruch - na chwilę wytrącają mnie z małomiasteczkowej równowagi. Torowiska, rozgrzany asfalt, spaliny, smród miejskich śmietników, kuchenne wyziewy i nadmorska bryza. Dworcowe odgłosy, kościelne dzwony, ryk syren portowych i ludzki gwar. Samochody, autobusy, ludzie. Miastoooooooooooooooo...
Idę w stronę portu, do którego przypłynąłem prawie cztery miesiące temu. Sto dziesięć dni - staram się o nich nie myśleć. 2640 godzin zapomnienia wymazanych z curriculum vitae, za które przyjdzie mi kiedyś zapłacić.
Mijam starą bramę, gdzie jakaś para uprawiała frenetyczny seks o 11:31, zakończony przedwczesną ejakulacją, pomnik Marka Aureliusza, port, by móc wspiąć się na górujące nad portem wzgórze San Ciriaco.
Po mozolnej wspinaczce docieram do duoma, gdzie w kościele św. Czyraka znajduję schronienie przed palącym słońcem. Trwa msza. Stoję chwilę w udawanym skupieniu, rzucając ciekawe spojrzenia na wnętrze świątyni, a jeszcze ciekawsze na zgromadzone w niej czarnowłose białogłowy. Duszno, duszno... ewakuacja!
Kluczę bez celu w labiryncie wąskich uliczek, wsłuchując się w odgłosy dochodzące z mieszkań, wdychając zastawione stoły, obiady, popołudniową kawę, poobiednią drzemkę. Zbieram okruchy życia w rodzinie, którego się pozbyłem, którego się jeszcze nie dorobiłem. Bezdomny na własne życzenie.
Przystaję na chwilę na zalanym słońcem placu św. Franciszka. Z antykwariatu po lewej rozbrzmiewa nieznana aria z nieznanej włoskiej opery. Z otwartego okna po prawej dobiegają znajome odgłosy obiadowych pobrzękiwań sztućcami., pourywane fragmenty rozmów. Przede mną w rozgrzanym powietrzu faluje kościół świętego asyżanina.
Wspinam się po schodach, by zobaczyć gotyckie cudo, górujące nad opustoszałym placem. Wchodzę po kamiennych stopniach pokrytych ryżem, rozrzucanym przed chwilą garściami, po więdnących płatkach róż. Przekraczam próg. Wnętrze kościoła obejmuje mnie przyjemnym chłodem, wita mocnym zapachem palonego kadzidła. Nie ma nikogo. Ani zakonnicy sprzątającej po ceremonii, ani zbłąkanego gościa weselnego, ani dewotycznej staruszki. Z nikim więc zwiedzam jedną z boskich rezydencji na tym świecie, komentując krzyżowość jego świątyni wyrażoną w olejnych obrazach ukrzyżowanego Żyda, krzyżowych sklepieniach, drodze krzyżowej. Nadaremnie szukam krzty radości, o której tak często mówią ewangelie. Wszędzie śmierć i wykrzywione grymasem bólu twarze Jezusa, Maryji, pierwszych męczenników.
Robi się późno, robi się gorąco, robię się głodny.
Przemykam opustoszałymi ulicami pełnymi popołudniowego słońca, by znaleźć wytchnienie w nielicznych oazach cienia. W poszukiwaniu cienia, w poszukiwaniu baru, w poszukiwaniu piazza Cavour, by móc w końcu zjeść jakąś namiastkę obiadu.
Pod palmami na placu Cavour porozsiadały się jakieś baby, żywo dyskutując, czasem nawet gestykulując. Przechodząc obok, wyłapuję fragmenty rozmów. Polki, w większości Ślązaczki, opowiadają o swoich stetryczałych podopiecznych, obłapiających je latinlowersach po pięćdziesiątce, o niedwuznacznych propozycjach, o pieniądzach, o rodzinach. Siadam w barze przy jednej z okupowanych przez opiekunki betonowych ławek, czytam Corriere i ukryty za barykadą z papieru, wsłuchuję się w lament emigrancki pełen tęsknoty, żalu, skarg.
Staram się je zrozumieć, staram się o nich myśleć jak o rodaczkach, które wyjechały z kraju za chlebem, staram się. Usilnie się staram, ale jakoś mi nie idzie. Jakoś nigdy mi to nie wychodziło. Wyjechałem, bo miałem już dosyć Polandowa, bo chciałem być bliżej Południa, bo zawsze o tym marzyłem. Poza tym ja nie mam rodaków, nie mam krwi, nie mam pochodzenia i nie powinienem mieć paszportu. Jedyne co mam to wypaczony mózg, 72 kg ciała, 2 nogi, 2 ręce, penisa standardowej długości, krzywe zęby i 180 cm wysokości osadzonych na stopach długości 24 cm. Do tego 20 euro w kieszeni na bilet, butelkę wody niegazowanej i paczkę ciastek do pociągu, który odjeżdża o 16:35 z peronu numer cztery.

Brak komentarzy: