piątek, czerwca 15, 2007

un deficente

moj przyjaciel neapoletanczyk
jest mi jak brat! (sam tak powiedzial) tylko nie odkrylem jeszcze, w jakim stopniu jestesmy spokrewnieni. czy po jezusie chrystusie, ktory jest jego idolem, po plci, czy po ludzkiej formie, jaka przyjelismy. jest jak brat i nawet stal mi sie bardzo bliski. tak bliski, ze w szale swojej braterskiej czy chrzescijanskiej milosci wpakowal sie do mojego pokoju, choc ma wlasny, odbierajac mi nadzieje na spokojny sen az do piatku! skad ta zmiana? beh, zapewne skuszony perspektywa dlugich nocnych rozmow, a moze jednak uwodzicielskimi ksztaltami mojego chudego, owlosionego tylka...
napoletanczyk duzo mowi, bo wie, ze ja malo rozumiem. w ten sposob stara sie kompensowac straty w przeplywie informacji, poniewaz idiolekt mojego brata sklada sie z 70% dialektu neapoletanskiego z lekka domieszka wloskiego.
mowi przewaznie o kroczach i dupach wypelniajacych 90% jego poludniowego mikromozgu, o prostytutkach w belgii, irlandii, o jego nowej zdobyczy - hiszpanskiej kurwie z porto san giorgio, ktorej ciepla i wilgotna wagina moze byc twoja juz od 120 euro za numer, VAT oraz robienie laski wliczone w cene! mowi tez o swoim dziewieciomiesiecznym synku, o swojej albanskiej zonie, o jezusie... tak, o jezusie, bo kazdego wieczora czytuje do snu kilka wersow z nowego testamentu. wierzy w boga i jezusa! wierzy w zmartwychwstanie i inne dogmaty kosciola katolickiego. wierzy w to, ze ma racje! wierzy w to, iz ja z moim ateizmem czy agnostycyzmemnie jej nie mam. bo jest przeciez tolerancyjny! a kiedy pytam go, co powiedzialby twoj jezus na te wszystkie dupy, na hiszpanke z porto san giorgio? odwraca wzrok i ze zdziwiona mina odpowiada: kazdy ma prawo zbladzic...




Brak komentarzy: