czwartek, września 27, 2007

24,25,26,27.... und arbeit


kazdego dnia o 8:20 budzi mnie telefon swoim polifonicznym dzwiekiem, otwieram oczy, przezywam kolejne deja vu, krew splywa do penisa. odglosy porannych krzatanin zza okna, z pokoju obok - te same, co wczoraj, jutro, za tydzien, za miesiac. przetaczam sie na drugi bok, wylaczam budzik, wstaje.
wchodze do lazienki ponowic codzienny rytual wydzielania przetrawionej materii, ablucji, po czym kieruje sie do kuchni, by zjesc sniadanie. mechanicznie, ze wzrokiem utkwionym w przestrzen miedzykafelkowa, zwana fuga.
- ciao, ciao - odpowiadam automatycznie na pozdrowienia producenta porannych odglosow z pokoju obok. mozg wciaz w stanie spoczynku, na czole pali sie lampka: stand by.
dopiero powiew swiezego powietrza na klatce wybudza mnie z letargu. twarz wykrzywia sie w dziwnym grymasie przypominajacym usmiech, by po chwili wrocic do stanu sprzed skurczu miesni mimicznych.
na ulicy wiodacej do tiburtiny jak zwykle korek, przemykam wiec miedzy autami, raczac sie olowiem i innymi ciezkimi pierwiastkami, ktore wdycham zgodnie z zaleceniami lekarza w ilosciach w 60% zaspokajajacych dzienne zapotrzebowanie, by uniknac zbednego stresu zwiazanego z czekaniem na autobus.
dochodze do tiburtiny, wsiadam w 040 i jade do pracy. hmm czy aby jade? wiekszosc czasu stoimy w korku, jest czas na postudiowanie twarzy.
czarna 1: dlugi nos, okulary, male piersi.
blondyna1: stara, brzydki nos.
ruski: eh te wasy, prawie jak u polaka, tylko ten ziemniaczany wyraz twarzy zdradza wschodnie pochodzenie. o akcJencie nie wspomne.
czarna2: srodziemnomorski tylek jak jakas antyczna amfora.
czajna: sniady, czarne wlosy i gazeta pelna robakow, ktore deszyfruje z dziwnym usmiechem na twarzy.
mlody rebeliant: w powyciaganej koszulce z jakimis napisami.
ja: nieogolony z nieodlacznym plecakiem na ramieniu.

wysiadam...



Brak komentarzy: