środa, września 19, 2007

setajuci rimom


14.09.07
Miller zaczyna swoją opowieść o Paryżu słowami: I´am living at the Villa Borghese, mnie na to jeszcze nie stać. Nie stać mnie ani na mieszkanie w tej snobistycznej dzielnicy, ani na napisanie powieści, dlatego jedyny możliwy początek na miarę moich możliwości to:
zgubiłem się w Villa Borghese! Fakat, w trochę innym czasie, w trochę innym miejscu, w trochę innych okolicznościach, w trochę innym ciele, al´tko ga jebe? Od dwóch tygodni gubię się tak i odnajduję, blądząc po Rzymie bez przewodnika, bez planu zwiedzania, z plecakiem na ramieniu i kilkunastoma euro w kieszeni.
Na początku zgubiłem się w parku Villa Borghese, by przez przypadek odkryć zakurzony pomnik Umberta I z walającymi sie wkoło zużytymi prezerwatywami (zupełnie jak na górce pedasiańskiej, gdzie niewierni mężowie zdradzają swoje żony, dziewice tracą cnoty, a rozpustne żony doprawiają rogi swoim niczego nieświadomym małżonkom), przykryty pierzyną z igliwia, upstrzony golębimi kupami. Zapomniany pomnik zapomnianego króla w towarzystwie zakapturzonej Śmierci powoli znikał w zapadającym mroku, poszedłem więc dalej.
Minąłem ptasiarnię, borghesianskie muzeum, pod którym odpoczywały grupy hiszpańskich turystów, rozmawiających głośno i gestykulujących namiętnie, opustoszały plac Enrico Sienkiewicza rozświetlony kilkoma latarnenkami, kluczę bezimiennymi ulicami. Brnę przez gęstniejący mrok wzdłuż średniowiecznych murów miejskich, by w końcu przez bramę przy viale Trento wejść do zalanego elektrycznym światłem miasta.
Zostawiwszy za plecami głuchą ciszę nocy, zapach sosen i zieleń parku, wkroczyłem do obcego organizmu śmierdzącego spalinami, pełnego gwaru, tętniacego ulicznym życiem. Ogródki, kelnerzy, chodniki, turyści, kawiarnie, auta, kioski, hałas, uliczni sprzedawcy, amerykanie, niemcy, hindusi, francuzi, kobiety, dzieci, mężczyźni, pedały, lesbijki, biali, murzyni, żydzi...
Włóczę się bez celu z głową zadartą do góry, ze wzrokiem skaczącym po fasadach budynków, śmiejąc się do swoich myśli, do kamiennych postaci zdobiących portale kamienic, jakby nie istniał cały otaczający mnie chaos, jakbym bronił się przed nim swoją nieobecnością umysłową, nieuczestnictwem w całym tym cyrku zwanym potocznie Rzymem.
Minąwszy piazza Barberini, a następnie piazza Colonna, pełne anglofońskich turystów objuczonych cyfrowymi mechanizmami do uchwytywania chwili z minami owiec zagubionych na pastwisku, po raz kolejny zgubiłem się w labiryncie wąskich uliczek wiodących ku piazza Navona. Zrezygnowany i zmęczony miałem już wracać, kiedy zza rogu via degli Orphani wyłonił się skąpo oświetlony Pantheon. Po raz kolejny wmieszałem się w tłum i dałem się mu ponieść...
A kiedy wracam do domu z moich pieszych wycieczek tamo daleko na sanbasiliańskie zadupie, mijam dwa szpalery tyburtyńskich kurew, pozdrawiając je serdecznie i życząc dobrej nocy.A tak poza tym, to wieje nuda :)

Brak komentarzy: