
piątek, 28 września 2007
Francesca, czyli o wypalaniu się
Poznałem ją na manifestacji jakieś dwa, może trzy tygodnie temu. Po krótkiej wymianie iskier, zachłyśnięciu się sobą nawzajem, poszliśmy do niej na dżointa i wino. Po drodze wyrywaliśmy sobie słowa z ust oślepieni światłem krótkotrwałej fascynacji, wypalającej się niczym magnez, szybko lecz intensywnie. Nieświadomi ulotności uniesienia obdarzaliśmy się owego wieczoru dozą szczerości, na jaką mogą sobie czasem pozwolić osoby w podróży, mające pewność, że nigdy więcej nie spotkają swojego przypadkowego inerlokutora, by rozstać się nad ranem w nadziei na kontynuowanie wielce obiecującej znajomości. Później jednak widzieliśmy się z Francescą zaledwie kilka razy. Wymieniwszy spojrzenia, zamienialiśmy kilka słów bez większego znaczenia, nasyceni sobą po emocjonalnej erupcji, jaka nastąpiła kilka dni wcześniej. Nie było chemii, nie było już nic do powiedzenia.
Dziś wieczorem znów do mnie podeszła. Ucałowawszy mnie, zapytała:
- Ciao, ty też tu jesteś? Co słychać, jak się masz?
Nie zrozumiem, dlaczego to robiła? Po penis do mnie podchodzisz, pytasz mnie, co u mnie, skoro i tak masz to w dupie? Spojrzałem jej głęboko w ciemnie oczy i jednym tchem wyrecytowałem:
- Ponieważ mam już dosyć życia w permanentej depresji wywołanej brakiem określonego celu w życiu, dziś rano miałem popełnić samobójstwo, lecz przypomniałem sobie, że nie odebrałem mojego nowego dowodu osobistego, a żywo mnie interesuje, jak wyszedłem na zdjęciu, stąd moje plany uległy zmianie i odroczyłem na czas nieokreślony małospektakularny koniec mojej jałowej egzystencji, a tak poza tym, to świetnie!
- Jesteś jebnięty! – wyszeptała czule i odeszła.
- Wiem... – powiedziałem pustce, która wypełniła kilkaset centymetrów sześciennych przestrzeni po niej.
Francesca, czyli o wypalaniu się
Poznałem ją na manifestacji jakieś dwa, może trzy tygodnie temu. Po krótkiej wymianie iskier, zachłyśnięciu się sobą nawzajem, poszliśmy do niej na dżointa i wino. Po drodze wyrywaliśmy sobie słowa z ust oślepieni światłem krótkotrwałej fascynacji, wypalającej się niczym magnez, szybko lecz intensywnie. Nieświadomi ulotności uniesienia obdarzaliśmy się owego wieczoru dozą szczerości, na jaką mogą sobie czasem pozwolić osoby w podróży, mające pewność, że nigdy więcej nie spotkają swojego przypadkowego inerlokutora, by rozstać się nad ranem w nadziei na kontynuowanie wielce obiecującej znajomości. Później jednak widzieliśmy się z Francescą zaledwie kilka razy. Wymieniwszy spojrzenia, zamienialiśmy kilka słów bez większego znaczenia, nasyceni sobą po emocjonalnej erupcji, jaka nastąpiła kilka dni wcześniej. Nie było chemii, nie było już nic do powiedzenia.
Dziś wieczorem znów do mnie podeszła. Ucałowawszy mnie, zapytała:
- Ciao, ty też tu jesteś? Co słychać, jak się masz?
Nie zrozumiem, dlaczego to robiła? Po penis do mnie podchodzisz, pytasz mnie, co u mnie, skoro i tak masz to w dupie? Spojrzałem jej głęboko w ciemnie oczy i jednym tchem wyrecytowałem:
- Ponieważ mam już dosyć życia w permanentej depresji wywołanej brakiem określonego celu w życiu, dziś rano miałem popełnić samobójstwo, lecz przypomniałem sobie, że nie odebrałem mojego nowego dowodu osobistego, a żywo mnie interesuje, jak wyszedłem na zdjęciu, stąd moje plany uległy zmianie i odroczyłem na czas nieokreślony małospektakularny koniec mojej jałowej egzystencji, a tak poza tym, to świetnie!
- Jesteś jebnięty! – wyszeptała czule i odeszła.
- Wiem... – powiedziałem pustce, która wypełniła kilkaset centymetrów sześciennych przestrzeni po niej.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz