biale podbrzusza tyrrenskich mew na tle grafitowego nieba zataczaja coraz to wezsze kregi nad piazza venezia, by po osiagnieciu swoistego punktu kulminacyjnego rozleciec sie na wszystkie strony, by zgubic sie w przeplatanej pulsujacymi swiatlami miasta czerni nocy. przedstawienie skonczone. czas zazyc doustnie tygodniowa dawke pinta lub dwoch stouta. idac w kierunku via plebiscito, mijam spiacych w witrynach towarzystwa ubezpieczeniowego bezdomnych, owinietych w swoje brudne lachmany. miejsce to wypelnia przedziwna mieszanina zapachow, dociera tu bowiem won pieczonych przez banglijczyka kasztanow, drogich perfumow i spalin, ktore lacza sie w przedziwna kompozycje z odorem niemytych cial, niepranych ubran, odparowanego moczu oraz zaschnietego kalu.
turysci wraz z nielicznymi tubylcami szybkim krokiem mijaja to miejsce zapomniane przez boga i straz miejska, gdzie wypoczywaja postaci godne ostatniego z kregow dantejskiego piekla, odwracajac ostentacyjnie wzrok.
na chodniku lezy dlon. ladna, ksztaltna dlon o dlugich smuklych palcach koloru dojrzewajacych oliwek, troche brudna, troche tlusta. ta dlon wystaje z jednej z witryn, wystaje spod koca. przystaje na moment, by wyczytac z niej zapisana w czarnych od brudu liniach przeszlosc i przyszlosc. nic ciekawego. klade na niej monete i odchodze. dlon drgnela pod wplywem ciezaru dwueurowki, palce zacisnely sie, badajac zimny kawalek metalu, koc uniosl nieznacznie, ukazujac blyszczace oczy i zdziwiona, rozbudzona twarz.
surpriseeeeeeeee
poniedziałek, listopada 12, 2007
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz