do mrocznego mieszkania dobroczynskich na drugim pietrze wchodzilo sie po ustawionych pod przedziwnym katem kremowych stopniach roznej dlugosci, polaczonych labiryntem upstrzonych plamami cienia polpieter. minawszy pierwsze pietro, zaczalem odczuwac swoisty niesmak gorkawego posmaku porazki, przypominajacy w smaku mdle poddanstwo, ktoremu nieswiadomie sie oddawalem. dyskretnie splunalem. doszlismy. dobroczynski zapukal.
drzwi otworzyla nam pachnaca naftalina sluzaca. zmierzyla mnie swoimi szarymi, niegdys blekitnymi, oczami, po czym kiwnela glowa, abysmy weszli. chcialem cos powiedziec, przywitac sie, lecz slowa utknely mi gardle, kiedy w mroku przedpokoju zabrierala mi plecak, kurtke, buty. czulem sie nagi jak kawalek ciala przeswiecajacy z dziurawej skarpety.
- pani czeka w salonie! - wychrypiala do mnie sluzawka z czarnej otchlani korytarza, ktory ja wlasnie polykal.
pod abazurem stojacej lampy w salonie na zielonej pluszowej sofie siedziala dobroczynska w jakiejs nienaturalnej, malomieszczanskiej pozie z dymiacym papierosem miedzy pozolklymi palcami. usmiechnela sie, burknela cos do meza, zwrocila do mnie.
poczulem, jak mocz z nerek splywa mi do pecherza.
- dzien do-bry! jak minac podroz? wszy-stko w po-rza-dek? jest zmeczo-ny? idz za Adela do twoj po-koj!
pomarszczona dlon sluzacej pchnela mnie w strone czarnej plamy korytarza.
szlismy w kierunku mojego pokoju skapo oswietlonym waskim przejsciem pomiedzy ogromnymi szafami z litego drewna. kazda z nich miala swoj numer 91, 90, 89, 88... przy 84 skrecilismy w prawo.
kurwa, to moj pokoj? przeciez to pokoj dzieciecy! nie ma nawet pelnowymiarowego lozka!
- materac przyniose poznije, pan sie rozpakuje.
stara jedza czyta w myslach. poszla sobie.
majtki i skarpety do jednej, koszulki do drugiej, bluzy do trzeciej, spodnie do czwartej, koszule na wieszak, ksiazki w kat, plyty tez, koniec, plecak rozpakowany.
zaczalem rozgladac sie po pokoju. przy drzwiach na scianie kalendarz z 85, dalej regal, kawalek tapety z misiami, lozeczko, krzeslo, kolejny kawalek tapety w misie, szafa, okno, kacik z pluszowymi zabawkami, stolik z lampka.
jebut! cos ktos uderzyl w drzwi.
to sluzaca przytargala materac i komplet przescieradel.
- za godzine obiad, pan odpocznie.
odczlapala korytarzem do salonu. nie zdazylem nawet zapytac, gdzie jest toaleta.
rozbity, zdezorientowany, wyobcowany, nieswoj, bylejaki, dodupy i w ogole jakistaki bezsensowny usiadlem na materacu. kurwa, ale sie porobilo. zakwaterowali mnie w pokoju przy szafie numer 84, przydzielili lozko, komplet poscieli, wyznaczyli pory posilkow... a mialy byc przeciez tylko odwiedziny.
i ten mocz naciskajacy na scianki pecherza...
wyszedlem na korytarz w poszukiwaniu lazienki.
83, 82, 81... przy numerze 80 znalazlem jakies drzwi. musialem sobie przyswiecic telefonem, by w slabym komorkowym swietle zobaczyc plastikowe postaci murzynkow sikajacych do nocnikow. nacisnalem klamke, wszedlem.
zagubione promienie dziennego swiatla wpadaly do lazienki przez uchylone okno wysoko pod sufitem, wychodzace na wewnetrzny dziedziniec bloku. jedyne przyjemne miejsce w tym chorym domu.
odlalem sie do umywalki, zeby nie robic zbednego halasu, umylem rece, wyszedlem.
środa, czerwca 04, 2008
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz