niedziela, lipca 04, 2010

Marszin

kiedy byłem mały moi rodzice zabierali mnie na spotkania do klubu głuchoniemych na braniborskiej. z tego okresu pamiętam zaledwie kilka rzeczy: ogromną szachownicę w podwórzu, głuchoniemych dorosłych, głuchonieme dzieci wydające z siebie dziwne nieartykułowane odgłosy, zmęczenie w późnychgodzinach wieczornych, śmiertelną nudę i pewną kobietę, która mówiła do mnie Marszin. lubiłem ją, a może bardziej lubiłem jej wadę wymowy? bo przecież nie wiem, jak się nazywała, kim była dla moich rodziców, dlaczego w pewnym momencie zniknęła, nic.
pewnego dnia gdzieś pomiędzy 93. a 96. rokiem ktoś zadzownił do drzwi, właściwie to zapalił światło, bo u nas w domu nigdy nie było dzwonków tylko żarówki. nawet jak się przeprowadziliśmy do nowego mieszkania, to i tak mieliśmy żarówę, bo dzwonek od samego początku był zepsuty, jakby wiedział, że i tak nie będzie potrzebny. zapaliło się to światło-dzwonek, wyszedłem na korytarz, otworzyłem drzwi i usłyszałem Marszin. zaczęła mnie pytać o rodziców, ktorzy byli na działce, o brata. kiedy usłyszała. że nie żyje, stwierdziła, iż coś ze mną nie tak, machnęła ręką i odeszła.
wieczorem poinformowałem starych, że była tamta pani z klubu, ta, co mówiła na mnie Marszin, ale nie pamiętali, bo nigdy nie słyszeli jej wady wymowy...
taka patowa sytuacja, lekko z dupy, która przypomniała mi się dziś rano (nie wiedzieć czemu).


Marszin