piątek, kwietnia 27, 2007
villa maria vol.2
natretnie pyta przechodniow: - znasz Albe? znacie Albe? zna pan Albe? mieszka tu niedaleko. zadzwoncie do niej! powiedzcie, zeby przyszla, ooooo mamma mia. dlaczego ona nie przychodzi? ta corka, ta corka moja?
i zaczyna sie modlic... zdrowas mar... ojcze na... ave maria, madonna cara...
ktos tu szaleje! albo ja, poniewaz L wydaje mi sie byc calkiem normalna, albo ona, bo cos tu jednak nie gra... placze.
czuje sie jakos dziwnie, jak na mojej pierwszej kolonii, kiedy mialem 6 lat. (qrva, 20 lat temu!!)
wtedy tez nie wiedzialem, co sie dzieje, kiedy zaplakane dzieciory z mojej grupy ustawialy sie w kolejce do telefonu, zeby uslyszec swoich starych. a ja... hehe... siedzialem na podlodze i byc moze po raz pierwszy w zyciu poczulem samotnosc... bo do mnie nigdy nie dzwonili, do mnie nigdy nie pisali, do mnie nigdy nie przyjezdzali.
ohohohoho! modlitwy zostaly wysluchane! w koncu korytarza pojawila sie jakas staruszka. tak, to jej corka. podobnie jak matka z twarza pokryta zmarszczkami...
czwartek, kwietnia 26, 2007
wrocLOVE
villa maria - szpital z widokiem na morze
cztery godziny przy natretnie brzeczacej jarzeniowce na krzesle z widokiem na morze. czas plynie powoli, powolutko, powolutenko, materializujac sie w postaci kroplel spadajacych nieublagalnie w kroplowce. kap, kap, kap...
czytam - tym razem zabralem ze soba prousta, bo miller z de sadem maja jakis niezdrowy wplyw na mnie - zerkajac co jakis czas na A, na wspolpacjentki, na kolejnego jezusa na scianie. pacjentka X spi pochrapujac, pacjentka Y lypie na mnie swoim jednynym zdrowym okiem, zastanawiajac sie: a co on tu do cholery robi, ten lo straniero!? panuje cisza, senna, smiertelna cisza...
pacjentka X przebudzila sie i patrzy w sufit. ciekawe, o cyzm mysli? o nadchodzacej smierci? o mezu, byc moze umarlym? o rodzinie, ktora jej nie odwiedza? pewnie mysli o przerywanym snie bez snow, ktory tak bardzo meczy. zamyka oczy. spi, by obudzic sie za jakis czas, by ponownie zasnac ze swiadomoscia, ze za moment otworzy oczy... jak pies uganiajacy sie za wlasnym ogonem.
przechodza mnie ciarki, jakby ...yyyy... jakby powachala mnie smierc, zanim odeszla z pustymi rekami. w sali 24 zadnego zgonu.środa, kwietnia 25, 2007
wtorek, kwietnia 24, 2007
pachnie wiosna...
ta pewnosc, z ktora ktos, kto nie wie, nie widzial, nie byl, nie poczul, nie slyszal - moze sie wypowiadac o tym, jak to sie zyje w miescie Rz, Mi czy Wr. to przekonanie, ze ma sie absolutna racje, bo X tam byl, bo Y powiedzial, bo Z widzial...
stereotyp zasadzony na wiesciach zaslyszanych, stereotyp praktycznie nie do obalenia!
bo co ja tam moge wiedziec? mam przeciez ... lat!
... generalnie nudy...
poza tym wiosna! pachna akacje i nie daja mi spac :)
poniedziałek, kwietnia 23, 2007
fiera a porto san giorgio
miasto pelne ludzi, ale przede wszystki mlodziezy, ktora wykorzystuje doskonala okazje do lansu... (heheh po raz pierwszy zetknalem sie z tym slowem w bosni! uzywala go moja partnerka, kiedy wieczorami wychodzilismy alkoholizowac sie po pracy)
wszyscy wypacykowani, odstawieni, w markowej odziezy z okularami a la rambo na wyzelowanych wlosach, bueeee jebeni, metroseksualni sminkeri!
nie chodza, unosza sie 10 cm nad ziemia w swoich oblesnych butach za 230 euro, ktorych nie kupilbym najgorszemu wrogowi, ale moc marki jest tu silniejsza... przyciaga wzrok, winduje pozycje spoleczna szczesliwego posiadacza.
moze to przez buty, moze to przez proznosc, moze to przez proznie w ich glowach...
w kazdym badz razie wszyscy sa swiecie przekonani o swojej boskosci.
banda narcyzow, ktora zeszla z tasmy w fabryce produkujacej latin lowersow. rzygac sie chce! co drugi wyglada jak pajac, co trzeci jak brat blizniak tego, ktory przed chwila kolo ciebie przeszedl, co czwarty uzywa nadmiernej ilosci perfumow, co piaty przedawkowal zel... itd.
bueeeee
a kobiety? przynajmniej one wygladaja w miare normalnie.
piątek, kwietnia 20, 2007
czwartek, kwietnia 19, 2007
anziarium europeum
w jednym z takich szpitali przyszlo mi spedzic szesc godzin, siedzac obok mojej sympatycznej staruszki od szczoteczki, czytajac millera i co jakis czas zerkajac w strone wspolpacjentki oraz jej meza.
jezus pokryty kurzem wisial na scianie i patrzyl na nas z gory. na baseny pelne moczu i innych ekskrementow, na pielegniarki dozujace leki, na lekarzy obchodzacych pacjentow, na pielegniarki myjace niesforne czesci ciala pacjentek, na pielegniarki szukajace zyly do zainstalowania kroplowki pacjentkom, na pielegniarzy od rehabilitacji, na staruszki spiace, staruszki gaworzace, staruszki dokazujace, staruszki jedzace, staruszki pijace, staruszki siedzace, staruszki lezace, staruszki oddajace sie czynnosciom fizjologicznym... nie, masturbacji raczej nie.
i na nas... odwiedzajacych.
czytalem millera. fragment o Germanie - kurwie, o przyjemnosci, jaka daje jej krocze. o tym, jak to pierdoli sie z toba i wydaje ci sie, ze jestes w raju, iz jest jakos niepowtarzalnie, a ona przeciez robila to tak samo z wszystkimi dotychczas, zrobi to tak samo z kazdym nastepnym...
podnosze wzrok i widze dwie staruszki. na 99% jestem pewien, ze wyszly za maz jako dziewice, nie mialy innego penisa poza TYM jedynym! i pewnie nigdy nie zastanawialy sie na glos: rety, nie moge uwierzyc, ze jestes tym ostatnim...
środa, kwietnia 18, 2007
per una ragione che ancora non sono riuscito a penetrare
w kazdym badz razie miller gada... o penisach.
czasem gada do rzeczy, czasem od. szczyci sie swoim dwudziestocentymetrowym kawalkiem skory, ktory co kilka stron wypelnia sie krwia i przenika ruchliwe otchlanie Tanii, Llorety i innych kobiet, zalewajac je smierdzaca sperma. czasem go nie rozumiem i szlag mnie trafia, kiedy musze zerkac do slownika co drugie slowo... ale czytam cierpliwie, poszerzajac moj slownik wyrazow niesfornych. i mysle sobie... ze tak na prawde, to on mial malego i dochodzil po dwoch, trzech minutach, tylko tak pierdoli, bo glupio mu sie przyznac! no bo jak to? wielki pisarz musi miec wielkego penisa!
(mickiewicz to mial przynajmniej ze 25! a dlugosc skory wspolczesnych noblistow jest proporcjonalna do ilosci splodzonych stron i odwrotnie proporcjonalna do wieku, w ktorym otrzymali swoja nagrode heheh)
... wyszukuje w pamieci autorow...
do tej pory chyba tylko u Popovicia spotkalem sie z seksem przereklamowanym... cala reszta nie miala jaj, by powiedziec, ze im nie stanal, iz nie mogli dojsc, ze im opadl, iz doszli zbyt szybko etc.
jest goraco, w korytarzu siedzi pachnaca kobieta... krew splywa mi do...
wtorek, kwietnia 17, 2007
z poczekalni montegranarianskiej
czekaj! musisz sie uzbroic w cierpliwosc, spokojnie! jutro, wieczorem, kolo 18, zaraz, za chwile! miej cierpliwosc! dopiero jutro.... i tak w kolko! cierpliwosc, cierpliwosc, cierpliwosc... i zapomnienie.
FRUSTRACJA? nieeeeeee, wcale! ROZCZAROWANIE? nieeeeee, wcale!
a do tego wszystkiego przeklete sny i milczenie...
jestem zmeczony, mam burdel w glowie! zajebisty burdel!
grr :/
poniedziałek, kwietnia 16, 2007
w kieracie oczekiwania
siedze przed komputerem i czekam ;)
sobota, kwietnia 14, 2007
still fucking far from okay
przez dwie godziny w samolocie modlilem sie o awarie, o to bym spadl gdzies nad czechami, austria, chorwacja, adriatykiem... i nic!
stanalem na ziemi i poczulem zmeczenie tym wszystkim! nieokreslonoscia sytuacji, w jakiej sie znajduje, brakiem mozliwosci snucia jakichkolwiek planow, zaleznoscia od innych, nia... sparalizowany obawa przed niepowodzeniem bede tkwic tu przynajmniej przez tydzien, pozniej rzucam wszystko na jedna karte! woz albo przewoz, bo ja juz nie moge dluzej czekac!
w glowie mam taki szalony plan wyjazdu do triestu... i powoli zaczalem go realizowac :)
piątek, kwietnia 13, 2007
112
I znowu do widzenia.
I znowu do kiedy?
Kiedy dzisiaj wróciłam wracałam z dworca na chodniku leżał jakiś pan. Co on tam robi? Spadł Upadł? Ludzie przechodzą obok, patrzą ciekawi ale nikt się nie zatrzymuje. Nie widzę krwi. Oddycha. Pytam go głosno czy wszystko w porządku, czy coś boli. Coś mamrota mamrocze.
Obok stoi gruby pociący się pan który sprzedaje gazety z samochodu, patrzy i wydaje mi się, że się smieję. Pewnie widział co się stało. Pytam czy już (do kogoś) po kogo zadzwonił. „Ah no nie...właśnie chciałem...” Aha... pan chciał... „jak jest numer?” - „13330” ?!?! to na pewno nie (ten) numer.. cholera, co to za obrzydliwy ku***?! Przychodzi pani, pytam jaki jest numer. „112” ZaDzwonie. „Tutaj leży taki pan i potrzebuje pomocy. Oddycha ale nie jest w stanie powstać (albo) ani mówić.”
Przychodzi młody facet i pyta czemu go po prostu nie zostawimy, bo jest tylko pijany i musi wytrzeźwieć. Ja go pytam „gdybyś leżał pijany na chodniku, to czy cieszyłbyś się, że nikt się tobą nie przejmuje”. On mówi że tak i się śmieje z kolegami. Zapamiętam jego słowa, jeżeli go widzę pijany na chodniku. Cholera, co to za bezczelny bezduszny stronzetto?!
Ślina cieknie pana z ust. Ale oddycha spokojnie i jakoś reaguje kiedy do niego mówie i go dotykam. Myślę że musi być bardzo nieszcześliwy, żeby się upić w ten sposób o pierwszej w popołudniu.
Przychodzi inny młody chłopak. Pyta co tutaj sie dzieję, czy już zadwoniliśmy do kogoś, sprawdza puls. Ten pierwszy głupi gruby pan, który się czuje królem sytuacji pyta bardzo arogancko „a co ty tutaj chcesz?”. „Jestem lekarzem i mogę pomóc, a niech pan do mnie tak nie mówi”. „Ah no to przepraszam pana doktora! Wie pan, bo ja nie wiedziałam... inaczej ja bym nie bla bla bla...” Ja już nie mogłam w to uwierzyć. Co to za ludzie!
Zostawimy go .. niech sobie trzeźwieje ... niech sobie umarł ... chissenefrega czy jak?!
Przyjeżdża policja, wkładają spokojnie rękawiczki, „Ma pan dokumenty?” Jakie dokumenty?! Mamma mia. Jeden śmiejący się policjant po lewej stronie, drugi po prawej, odprowadzą go do samochodu. Głupi okropny pan prawi lekarzu komplementy, że przyszedł na czas i że razem wszystko dobrze załatwili. A potem patrzy na mnie i w takim odrażającym tonem mówi „a wie pani co? może pójdziemy kiedyś na kawke?” Myślałam że szaleję.
Dzieki Marcin :)
środa, kwietnia 11, 2007
l'odore del...

zapach lozka w zimnym pokoju w gorach,
sliny i brudnego, nastoletniego ciala,
wina, wymiotow, wydzieliny z pochwy,
swiezej poscieli w hotelowym pokoju zmieszany z markowymi perfumami,
parkietu w pokoju przy ulicy ... ,
krwi menstruacyjnej oraz gumy blausiegel,
teutonskiej wiosny, pokoju w akademiku, gumy blausiegel,
dunaju i konczacego sie lata,
wilgoci i pokoju w ... ,
duzego miasta i pokoju na osiedlu w ...,
morza i apartamentu w ... ,
oddechow, potu i spermy,
smogu i swiezej poscieli w pokoju w ... ,
parkietu w pokoju w ...
zapach watpliwej rozkoszy zmieszany z zapachem najwiekszej rozkoszy
wtorek, kwietnia 10, 2007
fucking far from okay
na cztery dni przed smiercią wylądowałem na kawie u babci żony mojego kuzyna. takie poswiąteczne spotkanie przy wodzie zabarwionej wyciagiem z kawy, jakims mlekiem, przy kawalku ciasta i dymie papierosowym.
nic szczególnego... ale po raz pierwszy w życiu zetknąłem się z obrzędami quasimagicznymi o funkcji leczniczej, a mianowicie ze zlewaniem ołowiu! brzmi dziwnie, wygląda dziwnie, jest dziwne!
wyobraźcie sobie siebie siedzących na krzesle w kuchni pełnej dymu papierosowego, przy mdłym swietle żarówki. siedzicie gdzies pomiędzy piecem a stołem. zbliża się do was starsza kobieta z garnkiem wody w ręku. szepcząc jakąs modlitwę, błogosławi wodę. unosi naczynie i gwałtownie wlewa do niego rozgrzany ołów. wyjmuje kawałek zastygniętego ołowiu i interpretuje kształty, jakie przybrał ten metal.
mówi wam o waszych kłopotach, mówi wam o tym, jak się przed nimi bronicie, mówi wam... jednym słowem przeraża.
powtarza tę czynność nad sercem i jeszcze raz nad głową, za każdym razem czytając z bezkształtnego ołowiu. każe wypić trzy łyki tej wody i obmyć nią twarz... będzie działać, jesli tylko w to wierzysz.
w drodze powrotnej czułem się dziwnie, jak po spowiedzi... lekko i czysto... może to ten ołów, od którego oszalał neron...
poniedziałek, kwietnia 09, 2007
Pasquetta
Arrivo a casa Zygadlo tutta contenta di non essere stata inzuppata per strada.
Lo racconto al papà di Aga e lui cosa fa? Va al lavandino e ci fa la doccia. Beh, diciamo una doccettina, ma basta per star sicure che non rimarremo stare panne. Che fregatura ;)
niedziela, kwietnia 08, 2007
Domenica Santa
Quante impressioni tra ieri e oggi!
La benedizione dei cestini, la Messa della Luce, la giornata di oggi.
Alle 11:00 la famiglia Zygadlo quasi al completo + Alice Felice si siedono a una tavola decorata con amore e si comincia a mangiare. Ognuno ha sul piatto: del pane*; del ràfano*; del burro*; della salsiccia*; del sale*; un uovo sodo*. *Dai cestini benedetti Sabato.
Potem beda salatki, pyszne winko, tort tort tort (pasticceria Zygadlo).
Dopo colazione, quindi alle 15:00, i piccoli (Aga ed io) vanno al parco in bici. Facciamo le Funky Monkey sull'albero. Se fate i bravi (se ci fate vedere le foto di Barcellona/di Gdansk/del matrimonio/dell'altalena+ferite) vi facciamo anche vedere la foto sesshion.
Verso le cinque si pranza, insalata e una zuppa pasquale squisita, un po' acidula perchè fatta con l'acquetta del twarog. Tra un boccone e l'altro ci si coccola Martynka, l'angioletto nipotina di Aga.
Verso le 19 si va a casa a przetrwa.. przetrwalic.. przeprasz...przypra.. insomma a digerire la Superpasqua polacco-Zygadla.
E domani per strada mi fanno la doccia, scommettiamo?
Buona Pasqua a tutti i Cattivi!
Qui oggi è stato tutto molto bello: ho mangiato come un bue, fatto da babysitter, costruito una altalena con un copertone e una fune, dondolatomi (notare la bellissima forma verbale sgrammaticata (aga: non impararla!)) su suddetta altalena, medicato le conseguenti ferite, mangiato di nuovo, fatto la cacca e poi basta. Ora cerco di non vomitare. A voi com'è andata?
Snilo mi sie wczoraj, ze rozmawialem po polsku. Moze byc, bo mam wielka ochote wrocic tam i mieszkac we Wroclawiu...
caluski caluski
wasz robi
Sabato Santo sera
La Messa della Luce
Alfa e Omega. Alleluia ed Eureka. Ho capito cosa vuol dire la Pasqua.
Ieri sera Aga ed io siamo andate in chiesa di fianco alla Galeria Dominikanska alla messa delle nove. Siamo tornate a casa alle due - no, non siamo andate a prenderci una birra dopo la messa. La chiesa, tra l'altro molto bella e semplice, era strapiena di gente. C’erano tanti giovani, coppie con bambini e studenti. Ci siamo sedute per terra in una cappella a lato, dopo un po’ hanno spento tutte le luci e hanno cominciato a cantare. Il coro bravissimo, l’orchestra anche, i due seduti dietro a noi facevano le seconde/terze/quarte voci e anche noi cantavamo felici perché tanto non ci sentiva nessuno. Tutto questo al buio. Intanto davanti alla chiesa avevano acceso un fuoco. Non per fare il vin brulè, ma per portare la luce ai credenti nella chiesa.
Prima parte
Entra la processione portando il fuoco, accendendo le candeline delle persone al centro della chiesa. Poi pian pianino, di persona in persona, la luce va spargendosi fino a che l’intera chiesa è illuminata dalle candele. Dopo qualche preghiera si spengono le candele e comincia la parte solenne della messa. L’Antico Testamento, la Creazione, la storia di Abramo, rendiamo grazie - un’ora di buio meditativo per raccogliere i pensieri.
Seconda parte
Preghiere, Kyrie Eleison, canti bellissimi, invocazioni, la storia di Gesù. A un certo punto durante un canto particolarmente felice tutti cominciano a scampanellare. Per fortuna che Aga era preparata ed ho potuto scampanellare anch’io di gran lena.
Terza parte
Canti e canti e preghiere, scambiatevi un segno di pace. Parole sempre più colme di significato e scampanellii sempre più felici. I preti e i chierichetti vanno nella grotta e scoprono che la tomba è aperta. “Gesù è risorto!”. Noi rispondiamo “È veramente risorto!”. “Gesù è risorto!” - “È veramente risorto!” – “Ma che debolucci che siete! GESÙ È RISORTO!” “È VERAMENTE RISORTO!” Scampanellii, Alleluia, luci, candele, sorrisi, Eucaristia, canti, festose invocazioni di decine di santi.
Quarta parte
Si va in processione around the block, con gli altoparlanti montati su un povero ragazzo che si spacca la schiena e i timpani ma ne vale sicuramente la pena. Si torna in chiesa, ormai è l’una, Wesolego Alleluia, flauti e violini, ringraziamenti, quattro battute, la gente ride, batte le mani, dei bambini dormono pacifici sotto la statua della Madonna, altri non capiscono da dove proviene tutta questa felicità ma partecipano vispi. Esco ebbra. Alfa e Omega. Alleluia ed Eureka.
sobota, kwietnia 07, 2007
Sabato Santo mattina
Ecco i cestini di Pasqua. Con un uovo, simbolo della fertilità, sale, pepe, salsiccia, pane, burro e rafano fresco. Si portano in chiesa e il prete li benedice spruzzandoli con acqua santa. Per strada ci sono tante persone con dei bellissimi cestini tutti decorati, con pizzi e rametti, in chiesa c'è un leggero odore di cibo e i bambini sono carinissimi, ognuno orgoglioso con il suo cestino più o meno grande, a seconda di quanto è grande la manina.
home sick home
wszędzie szarość poprzeplatana nieśmiale kiełkującą trawą, wszystko wydaje się być jakieś takie zakurzone, zabłocone, po prostu brudne. dziwnie się czuję...
bar semafor, ostrów wielkopolski
jedyne miejsce na ziemi, gdzie czas się zatrzymał, no, powiedzmy, że płynie inaczej. typowy bar mleczny z epoki gierkowskiej okraszony młodokapitalistycznymi ornamentami z początku lat dziewięćdziesiątych. smród PRLu, krzesła obite skają, kwadratowe stoliki pokryte brązowymi obrusami a la stylowe firanki PKP, co drugi stolik gałązka z żółtymi kwiatami w wazonie, lokal o 95 procentowej zawartości obskurności. miejsce spotkań lokalnych meneli, bezdomnych i zbłąkanych turystów.
przy jednym stoliku usiadła matka z dorosłym synem. czekają na ten sam pociąg, co ja.
matka:
po pięćdziesiątce, spracowana, o twarzy zniekształconej od dużej ilości wypitego alkoholu wątpliwej proweniencji. poszła zamówić obiad.
syn:
koło 25 lat, ale jest jakiś ... hmmm... stary, szary, wygląda na opóźnionego w rozwoju, a może to przez to, że stara piła w czasie ciąży? siedzi i milczy.
wraca matka z piwem w ręku, siada i milczy. milczą oboje przez cały czas. popijając piwo, milczą. przesuwając sztućce po stole, milczą. błądzą wzrokiem po sali, oglądają swoje ubrania, poprawiają je starannie co kilka minut, byle się czymś zająć, byle czas mijał szybciej.
on co jakiś czas z namaszczeniem przylizuje włosy. milcząc oczywiście, tępo gapi się przed siebie... są jacyś nieśmiali, jakby nie mieli prawa tam siedzieć i zamówić obleśny obiad. nie mogę oderwać od nich wzroku...
ZIEMNIAKI ze SCHABOWYM!
ona wstaje, a on czeka z nieśmiałe złożonymi rekami na stole...
co ja tu, qrva, robię???
środa, kwietnia 04, 2007
roznice kulturowe
czuje sie jak kosmita! ;) albo jak jakis barbarzynca, ktory zbeszczescil ognisko rodzinne tradycyjnej katoliko-italskiej familii. nie wiedz.... dalszy ciag tekstu ocenzurowano ... i tyle.
w piatek albo w sobote powinienem byc we wroclawiu ;) jupiiiii
poniedziałek, kwietnia 02, 2007
via salaria
zaczyna sie nad morzem gdzies na wysokosci san benedetto del tronto, porto d'ascoli, wiedzie przez apeniny, a konczy sie w rzymie. w sumie jakies 180 kilometrow przez pagorki, gory, gorzyska i niziny marche oraz lazio. wczoraj przewiozla moja szanowna dupe dwa razy ta trasa i wciaz nie wiem, co widzialem... hehehe
jednym slowem: rewelacja!!!! szczegolnie ta czesc trasy, ktora wiedzie przez gory (gran sasso itp.)! zakochalem sie w miasteczkach przyklejonych do skal, niedostepnych... i z pewnoscia zamieszkalych przez samych starcow, bo to wlochy przeciez - anzianarium europy!
tak, ale nie o tym mialem mowic! allora :)
problem pojawil sie gdzies w polowie drogi, kiedy moj mozg nie przyswajal juz informacji docierajacych do niego droga audiowizualna... gdy nie rozumial juz pewnego przymiotnika, ktory zatracil swoje pierwotne znaczenie i zaczal sie laczyc z wszystkimi rzeczownikami MADE IN ITALY, a mianowicie bello. jesli jeszcze nie wiecie, to tutaj wszystko jest albo bello, albo bellissimo. gdy z kims rozmawiasz uzywasz praktycznie jednego przymiotnika i tutto jest ok! gorzej gdy go nie uzywasz... oooo wtedy mozesz zostac okrzykniety malkontentem lub innym wyznawca szatana, powiedza ci, ze sie nie znasz, iz jestes ksenofobem, ze nie potrafisz docenic prawdziwego piekna...
uwazajcie na przymiotniki, wy wszyscy, ktorzy tu przyjezdzacie ;)
niedziela, kwietnia 01, 2007
Cmentarz
La tipa della casa di rimpetto alla mia sta facendo la diva sul balcone con tanto di occhiali da sole e bikini. Io invece oggi mi sono tolta una vecchia voglia: di andare al cimitero ebreo. Ci sarebbe stata la visita guidata gratis, ma non l'avrei fatta neanche se mi avessero pagata. Prima ancora di entrare la guida ha fatto un discorso di dieci minuti su chi e come e quando aveva fatto costruire, distruggere, rimettere a posto, ridistruggere ... il cimitero. Quando la frequenza dei miei sbadigli ha raggiunto un numero troppo elevato per passare inosservato sono entrata da sola.
Pietre piene di muschio, edera dappertutto, ornamenti delicati, semplici, altri tortuosi, complicati, elegantissimi. Sentieri sotto le fronde degli alberi, tra migliaia di pietre tombali segnate dal tempo. Peccato che dall'altra parte del muro ci sia una strada molto trafficata. Mi piacciono i cimiteri-parco, dove la gente può venire a pensare ai propri morti ma magari anche a riposarsi, leggere, godersi il bel tempo assieme agli uccellini. D'inverno con la neve sulle tombe, d'autunno con i sentieri coperti di foglie colorate, il cimitero è sempre bellissimo. Me l'ha confermato il vecchiotto all'ingresso. Ha un librone tenuto insieme da venti strati di nastro adesivo e ogni pagina ha i bordi "plastificati" di scotch. Capivo poco di quello che mi diceva perchè praticamente non apriva la bocca. ... i tedeschi e gli austriaci insieme ... il palazzo lì dietro era una scuola ... Edyt Stein non è sepolta qui, sua mamma o la mamma di suo papà invece sì ... ogni anno vengono dei gruppi di giovani volontari a mettere un po' a posto le tombe ... Karol Marx era molto severo ...
Non ho passato l'esame (sarebbe stato l'esame ze sluchu del livello D1++). Ci riproverò a Dicembre. Così almeno, anche se non lo passo di nuovo almeno faccio qualche foto delle tombe sotto la neve.