niedziela, września 30, 2007

My baby and me

czwartek, września 27, 2007

24,25,26,27.... und arbeit


kazdego dnia o 8:20 budzi mnie telefon swoim polifonicznym dzwiekiem, otwieram oczy, przezywam kolejne deja vu, krew splywa do penisa. odglosy porannych krzatanin zza okna, z pokoju obok - te same, co wczoraj, jutro, za tydzien, za miesiac. przetaczam sie na drugi bok, wylaczam budzik, wstaje.
wchodze do lazienki ponowic codzienny rytual wydzielania przetrawionej materii, ablucji, po czym kieruje sie do kuchni, by zjesc sniadanie. mechanicznie, ze wzrokiem utkwionym w przestrzen miedzykafelkowa, zwana fuga.
- ciao, ciao - odpowiadam automatycznie na pozdrowienia producenta porannych odglosow z pokoju obok. mozg wciaz w stanie spoczynku, na czole pali sie lampka: stand by.
dopiero powiew swiezego powietrza na klatce wybudza mnie z letargu. twarz wykrzywia sie w dziwnym grymasie przypominajacym usmiech, by po chwili wrocic do stanu sprzed skurczu miesni mimicznych.
na ulicy wiodacej do tiburtiny jak zwykle korek, przemykam wiec miedzy autami, raczac sie olowiem i innymi ciezkimi pierwiastkami, ktore wdycham zgodnie z zaleceniami lekarza w ilosciach w 60% zaspokajajacych dzienne zapotrzebowanie, by uniknac zbednego stresu zwiazanego z czekaniem na autobus.
dochodze do tiburtiny, wsiadam w 040 i jade do pracy. hmm czy aby jade? wiekszosc czasu stoimy w korku, jest czas na postudiowanie twarzy.
czarna 1: dlugi nos, okulary, male piersi.
blondyna1: stara, brzydki nos.
ruski: eh te wasy, prawie jak u polaka, tylko ten ziemniaczany wyraz twarzy zdradza wschodnie pochodzenie. o akcJencie nie wspomne.
czarna2: srodziemnomorski tylek jak jakas antyczna amfora.
czajna: sniady, czarne wlosy i gazeta pelna robakow, ktore deszyfruje z dziwnym usmiechem na twarzy.
mlody rebeliant: w powyciaganej koszulce z jakimis napisami.
ja: nieogolony z nieodlacznym plecakiem na ramieniu.

wysiadam...



czwartek, września 20, 2007

wyzerka u rowerzystow, czyli cennik uslug panny V

kazdej srody banda rzymskich rowerzystow-aktywistow nawiedza park P, by rozmawiac o ostatnio przeczytanych ksiazkach czy kupionych albumach. w praktyce jednak wiekszosc czasu spedzaja na jedzeniu, dyskusjach o rowerach, przerzutkach, hamulcach, smarach, lancuchach i innych blablabla.
raz przywloklem sie za moim wspollokatorem na takie spotkanie.
poznalem X (33 l.), Y (29 l.) i Z (36 l.) [wielce zdumionych, ze nie mam roweru], najadlem sie, posluchalem byleczego, powiedzialem byleco i kiedy nadszedl czas, by wrocic do domu, V ozajmila mi, iz bedzie mi towarzyszyc, bo jest jej po drodze (o dziwo, V byla bez roweru!).

V (31 l.) poczula chyba przyplyw jakiejs sympatii do mnie, bo w ciagu 12 minut opowiedziala mi polowe swojego zycia, zwracajac szczegolna uwage na czesc pod tytulem: moje problemy finansowe a exboyfriend (kurd z kurdystanu 34 l.). jakims dziwnym sposobem niewidzialna nic polaczyla pieniadze, kurda i mnie w zaczarowanym kregu seksualnych mechanizmow rynkowych popytu oraz podazy. slowa wypadajace z jej ust brzmialy jak hasla reklamowe, skierowane do mojej swiadomosci: BIERZ MNIE za tyle i tyle. czerwienila sie lekko, opowiadajac o cenach uslug, jakie zaoferowala swojemu ex za loda czy penetracje, zupelnie jakby przedstawiala mi swoj cennik. robilo sie pozno, robilo mi sie niedobrze.
ONA: - wiesz, 25€ za i 50€ za, a on to zinterpetowal jako cena za caly miesiac!
JA: - cos jak abonament? ale wiesz, musze juz isc. zaraz mi ucieknie ostani pociag metra.
ONA: - czekaj, ale wiesz, on jeszcze chc...

reszta jej slow zgubila sie gdzies w nocnym halasie dworcowej poczekalni roma-tiburtina.

w uszach brzmialy mi jeszcze ceny panny V., kiedy mijalem o wiele tansze, o wiele mlodsze i o wiele ladniejsze tybutrtynskie dziewczyny na swoich posterunkach.


środa, września 19, 2007

setajuci rimom


14.09.07
Miller zaczyna swoją opowieść o Paryżu słowami: I´am living at the Villa Borghese, mnie na to jeszcze nie stać. Nie stać mnie ani na mieszkanie w tej snobistycznej dzielnicy, ani na napisanie powieści, dlatego jedyny możliwy początek na miarę moich możliwości to:
zgubiłem się w Villa Borghese! Fakat, w trochę innym czasie, w trochę innym miejscu, w trochę innych okolicznościach, w trochę innym ciele, al´tko ga jebe? Od dwóch tygodni gubię się tak i odnajduję, blądząc po Rzymie bez przewodnika, bez planu zwiedzania, z plecakiem na ramieniu i kilkunastoma euro w kieszeni.
Na początku zgubiłem się w parku Villa Borghese, by przez przypadek odkryć zakurzony pomnik Umberta I z walającymi sie wkoło zużytymi prezerwatywami (zupełnie jak na górce pedasiańskiej, gdzie niewierni mężowie zdradzają swoje żony, dziewice tracą cnoty, a rozpustne żony doprawiają rogi swoim niczego nieświadomym małżonkom), przykryty pierzyną z igliwia, upstrzony golębimi kupami. Zapomniany pomnik zapomnianego króla w towarzystwie zakapturzonej Śmierci powoli znikał w zapadającym mroku, poszedłem więc dalej.
Minąłem ptasiarnię, borghesianskie muzeum, pod którym odpoczywały grupy hiszpańskich turystów, rozmawiających głośno i gestykulujących namiętnie, opustoszały plac Enrico Sienkiewicza rozświetlony kilkoma latarnenkami, kluczę bezimiennymi ulicami. Brnę przez gęstniejący mrok wzdłuż średniowiecznych murów miejskich, by w końcu przez bramę przy viale Trento wejść do zalanego elektrycznym światłem miasta.
Zostawiwszy za plecami głuchą ciszę nocy, zapach sosen i zieleń parku, wkroczyłem do obcego organizmu śmierdzącego spalinami, pełnego gwaru, tętniacego ulicznym życiem. Ogródki, kelnerzy, chodniki, turyści, kawiarnie, auta, kioski, hałas, uliczni sprzedawcy, amerykanie, niemcy, hindusi, francuzi, kobiety, dzieci, mężczyźni, pedały, lesbijki, biali, murzyni, żydzi...
Włóczę się bez celu z głową zadartą do góry, ze wzrokiem skaczącym po fasadach budynków, śmiejąc się do swoich myśli, do kamiennych postaci zdobiących portale kamienic, jakby nie istniał cały otaczający mnie chaos, jakbym bronił się przed nim swoją nieobecnością umysłową, nieuczestnictwem w całym tym cyrku zwanym potocznie Rzymem.
Minąwszy piazza Barberini, a następnie piazza Colonna, pełne anglofońskich turystów objuczonych cyfrowymi mechanizmami do uchwytywania chwili z minami owiec zagubionych na pastwisku, po raz kolejny zgubiłem się w labiryncie wąskich uliczek wiodących ku piazza Navona. Zrezygnowany i zmęczony miałem już wracać, kiedy zza rogu via degli Orphani wyłonił się skąpo oświetlony Pantheon. Po raz kolejny wmieszałem się w tłum i dałem się mu ponieść...
A kiedy wracam do domu z moich pieszych wycieczek tamo daleko na sanbasiliańskie zadupie, mijam dwa szpalery tyburtyńskich kurew, pozdrawiając je serdecznie i życząc dobrej nocy.A tak poza tym, to wieje nuda :)

piątek, września 14, 2007

metro2


linia A dla odmiany :)
wisze nad dwiema uwiedlymi heterami z polski, czytajac kolakowskiego (po serbsku). 100% anonimowo. zagubione panie bladza wzrokiem po wagonie, komentuja to i owo, tego i owego, przydeptujac mi co chwile prawa stope, po czym nastepuje seria:
przepraszam, przepraszam, przepraszam...

na piazza di spagna nie wytrzymalem ciaglego przperaszam, przepraszam, przepraszam...
JA: - gdybym nie mial polskiego w podstawowce, to nie wiedzialbym, co pani do mnie mowi!
po czym wysiadlem i poszedlem na pieczone kasztany :)

wtorek, września 11, 2007

metro


ostatnim metrem linii B, smierdzacej i nieklimatyzowanej, wracam do domu.
gdzies na wysokosci bologni do wagonu wsiada zebrak, zataczajac sie na prostych zakretach i innych wyimaginowanych krzywiznach. przetacza sie od pasazera do pasazera, pytajac o jakies drobne.
nikt go nie widzi, nikt nie odpowiada, nikt nie reaguje. nikt, a raczej kazdy ma oczy wpatrzone w ciemnosc za oknem, wzrok wbity w podloge, spojrzenie utkwione w nieokreslonej przestrzeni wagonowej gdzies pomiedzy wyjsciem a sufitem. czasem ktos nerwowo zerknie na innego pasazera, spojrzy na zegarek, komorke, mp3 czy co tam ma pod reka.
podchodzi do mnie.
ON: - masz jakies drobne?
JA: - skad jestes?
ON zdziwiony pytaniem: - e?
katem oka lapie zdziwione spojrzenia pasazerow.
JA: - skad jestes?
ON: - z Rzymu.
JA: - Rzymianin z Rzymu?
ON: - no. z rzymu.
JA: - to idz sobie, nic ci nie dam.





niedziela, września 09, 2007

Bolle a Berlino

Blllllu
le mille bolle blu
Blllllu
le vedo intorno a me
blllllu
le mille bolle blu
che volano e volano e volano
Blu
le mille bolle blu
blu
mi sento dondolar
blu
tra mille bolle blu che danzano
su grappoli di nuvole

(Mina 1960)
http://www.youstube.com/watch?v=HbV241-guSk

środa, września 05, 2007

roma i numerologia

2 lutego przyjechalem do wloch. jakis czas tulalem sie po montegranaro i pedaso, by od 15 maja zamieszkac w magliano di tenna. 3 czerwca przeprowadzilem sie do fermo, 3 wrzesnia do rzymu... miejmy nadzieje, ze tym razem na dluzej... przynajmniej do kwietnia :)

mam pokoj, za ktory place 400e miesiecznie, duze skrzypiace lozko, kilka szaf, troche kurzu i nadzieje, ze wszystko sie pouklada ;)

jesli ktos sie do mnie wybiera, to serdecznie zapraszam!
moj nowy numer +39 3464150848
moj nowy adres
via.... nie pamietam heheeh

sobota, września 01, 2007

neapolis 2

uffa
po urlopie weekend w neapolu, a od poniedzialku rzym :)
wlasnie wlacze z mieszkaniem, ale mam nadzieje, ze wszystko bedzie ok :)

wkrotcer zdjecia

p.s. a kto to byl w hiszpaniowie ? hehe
tantos salutos hehe
apap