Mili nie? Teraz, jezeli nie pamietam gdzie mieszkam albo jezeli jestem strasznie pijana... bede wiedziala jak wracac do domu.
sobota, marca 31, 2007
w ta strone
Mili nie? Teraz, jezeli nie pamietam gdzie mieszkam albo jezeli jestem strasznie pijana... bede wiedziala jak wracac do domu.
setajuci civitanovom 30.03.2007
plaza, zwir, ooo polamane wiaderko, bezpanska boja, foremka, kawalek styropianu, zuzyta prezerwatywa, z ktorej morze wyplukalo potencjalnego geniusza albo debila, papierek po duplo, kamienie, kamienie, kamienie.
jestem sam na plazy, gapie sie na niebo, morze, chmury, czasem pod nogi. nie mam, co ze soba zrobic. ide wiec dalej.
pogoda do dupy, ale korzystam z godzinnej przepustki - jedynej okazji, by pobyc samemu. spaceruje po plazy...hmmm lekka przesada! bo grzezne w zwirze i przemieszczam sie z nieokreslonego punktu A do punktu B kawalek dalej po prawej.
saaaaam. hehe nikt mnie nie widzi, mam ochote wyjac czlonek skazany na wygnanie z tych miejsc wilgotnych i cieplych, ktore ktos kiedys podobnie osadzil na wieczne niewypelnienie, i oddac mocz do morza. ale nieeeee, jak zwykle nie mam jaj, zeby to zrobic! ide wiec dalej...
spadaja pierwsze krople deszczu - qrva, cza stont spjerdalac - i przepedzaja mnie z plazy.
ide wiec dalej w strone centrum.
ulica nieznanottiego, mazziniego, pelna internet pointow opanowanych przez kolorowych, chinski sklep, a przed nim zolte postaci. EJ! ty M A D E I N C H I N A, ja M A R C I N, ja F R I E N D z P O L A N D. hehehe juz prawie jestem w mojej kawiarni.
macchiato z briochem, uaaaaaa mial byc lekko podgrzany! cale podniebienie poparzone, nawet zeby! gapie sie tepo przed siebie i przygladam sie przechodzacym ludziom. jakie nastolatki, brzydki gruby pan, ooooo jaka mila pani, pauza, pan z psem, pauza, chlopiec z kwiatami...
i onda se sjetim nje. da! samo jednom je dobila cvijece od mene, onda za rodendan kad sam bio otrcao do jakominija da kupim blesavu ruzu. bljak, kako je to glupo! ali s druge strane, nekoc sam namjeravao kupit ogroman buket... no to mi nekako nije islo uz nju. drskost? beh... zaboravih! a onda? zadnji put u zagrebu... kupio sam cvijet za nju od neke babe dok sam pio kavu na cvijetnom... samo ga nikad nije ni dobila!
i wtedy mysle o niej, z pewnoscia dostala je dwa razy. raz roze, kiedy juz bylo wiadomo, raz bukiet konwalii... heheeh czekal na nia na portierni. i chyba jeszcze jakis bukiecik na herbacie u chinczykow. nie pamietam. tak, dawanie jej kwiatow sprawialo czysta przyjemnosc. bez obaw, co powie, jak zareaguje...
a kwiaty dla niej? tej z kosciuszki. pewnie jakas roza... hehe juz siodma, czas wracac w gory.
piątek, marca 30, 2007
Unbelievable
Chcę korzystać z tego czasu. Chcę być szczęśliwa z wami. Tylko że jest mi to bardzo trudno. Mam tyle pytań w głowie; między innymi pytanie „dlaczego teraz mam tyle pytań w głowie”?
Chcę się cieszyć. Invece mi viene da piangere. Chodzę po mieście z aparatem, żeby wszystko fotografować (moj hard disk też się nie cieszy, że wyjeźdzam, bo będzie coraz pełniejszy zdjęć). Tylko że przez zdjęcie nie mogę utrwalać uczucie związane z miejscami.
I’ll get by with a little help from my friends.
wtorek, marca 27, 2007
dei morti
czternascie lat temu we wroclawiu bylo zimno i padal snieg. sobota? chyba tak, pamietam ,ze nie musialem isc do szkoly. rodzice zabrali moja czteroletnia siostre na dzialke, ja zostalem w domu i owiniety w koc czytalem robinsona c. moj brat sie spakowal, wyciagnal z piwnicy rower i pojechal... pamietam, ze przed wyjazdem pozegnalem sie z nim, jakbysmy sie mieli juz nigdy nie zobaczyc. przytulil mnie, pocalowal, pojechal...
czas mijal, a ja czytalem robinsona, owiniety w koc na kanapie w zimnym pokoju w lokalu przy ulicy stalowej 92/5a 53-440 we wroclawiu.
pamietam, ze wieczorem zadzwonil domofon, ale zamiast JA, uslyszalem POLICJA.
pamietam, ze poszedlem z ojcem na komisariat w roli tlumacza, ale bylem zbyt mlody, by policjant mogl mnie traktowac powaznie. na kawalku papieru kancelaryjnego pisal to, co mial ojcu do zakomunikowania.
pamietam tylko pojawiajace sie na kartce litery: n i e z y j e... poczulem uderzenie, jakby cala krew nabiegla mi do glowy, przytulilem sie do ojca i plakalem.
z czasem wszystkie wspomnienia wyblakly, czesc z nich sie zatarla... i po czternastu latach nie pozostalo mi nic. i NIE PAMIETAM nic de facto!
pamietam kosciol i poczucie bezpieczenstwa, jakie dawaly mi jego rece na moich ramionach. to samo bezpieczenstwo odnalazlem po kilkunastu latach w ramionach pewnej kobiety, ktora podobnie jak on, rownie szybko zniknela z mojego zycia, ktora musialem usmiercic.
i te litery pojawiajace sie na papierze. smierc, ktorej szukam pomiedzy literami, w spacjach, przecinkach i kropkach.
a potem slyszysz non omnis moriar, multaque pars mei, vitabit Libi... bla bla bla i cale to zalosne gowno typu memento mori, carpe diem etc.
niedziela, marca 25, 2007
Finestre
Era una casa molto carina
senza soffitto, senza cucina;
non si poteva entrarci dentro
perché non c'era il pavimento.
Non si poteva andare a letto
in quella casa non c'era il tetto;
non si poteva far la pipì
perché non c'era vasino lì.
Ma era bella, bella davvero
in Via dei Matti numero zero;
ma era bella, bella davvero
in Via Kosciuszki numero zero.
czwartek, marca 22, 2007
Tappa 3: Neve a Frankfurt Oder
Alle 10 in punto di stamattina avevo finito di fare tutto quello che dovevo fare all'ufficio esami a Frankfurt Oder.
Il treno partiva alle 10:10. Prenderò quello dopo, il Berlin-Warszawa-Express delle 13:39. Mi faccio la camminata fino in stazione in una tempesta di neve. Ogni fiocco di neve grande come una lente dei miei occhiali. Mi tiro dietro le montagne di neve, oltre alla borsa con le ruote. Bello, bianco e blu, il treno arriva puntuale. Compro il biglietto, il tipo anche simpatico, niente storie niente problemi. Chiacchero del più e del meno con un bel (pur essendo polacco!) biondino che fa prawo PL-D a FFO.
Arriviamo a Poznan alle 15:45 con 10 minuti di ritardo. Il treno per Wrocław ovviamente non ci ha aspettati. Il prossimo treno è alle 17:43. Due ore nella czekalnia del KFC. Mi calmo i nervi con cioccolata amara alla mousse.
Puzzo come una patatina fritta in olio vecchio di tre giorni. Domattina alle 6:00 devo essere davanti al budynek głowny perchè ci intervista la TV per i polacchi in America. Gli racconterò la mia stora ferroviaria di oggi. Peccato che non potranno sentire il mio profumo patatinoso.
fermo
moja godzina samotnosci: moge pobyc sam, pomilczec, zdjac maske zadowolonego z zycia i oczarowanego wszechobecnym pieknem marcina, pokrzywic sie, porobic glupie miny, podolowac sie, ale przede wszystkim pomilczec. nie silic sie na nic! na usmiech, na blyskotliwosc, na dowcip, na zrozumienie - bo ja tu nikogo nie rozumiem!!!! ani oni mnie!
no bo jak mam rozumiec faszystow, ktorzy sie dziwia ludziom palacym trawe, pijacym alkohol, chodzacym na imprezy itp.? mniejsza o to! nie o tym chcialem pisac!
fermo!
sredniowieczne miasteczko polozone na wzgorzu, waskie uliczki, ceglane domy w odroznieniu od polski. nic ciekawego... ale jest takie miejsce w fermo, z ktorego widac morze, wzgorze anconskie w oddali (monte conero) i pagorek leopardiego porosniety az czterema drzewami i jednym domkiem hehe...
i wlasnie ten leopardi nie daje mi spokoju! podobno poeta swiatowej klasy, podobno mieszkal gdzies tutaj (porto recanati), a ja nic! nic o nim nie wiem! nic nie slyszalem, nic nie czytalem! nic! ignorancja do kwadratu!!!
a to pewnie jakis lokalny mickiewicz czy slowacki, ktorego sie czyta w podstawowce, bo wielkim poeta byl, ale nikt go nie rozumie, bo jego jezyk wymarl dawno temu.
wiesc gminna niesie, ze napisal pewien wiersz. cos neoplatonskiego o nieznanym swiecie kryjacym sie za zywoplotem, jaki to on nieodkryty itp. a pomyslec, ze gdyby lepoardi mieszkal na tym pagorku z 4 drzewami i domkiem, to: albo by nie byl wielkim poeta, albo by napisal cos neoplatonskiego o tym, co kryje sie za czterdziestoma centymetrami jednego z drzew hehhehe
ale ja znowu nie o tym, co bylo w planie:
... yyyy... a co bylo w planie... nic! spadam!
wtorek, marca 20, 2007
la mia giornata
- studio legale, pronto!
- bla bla bla volevo parlare con avvocato C. bla bla bla...
- ma, signora C. non c'è, puo chiamare tra mezzora...?
- bla bla bla mi prendete in giro bla bla bla
- scusi, ma non posso far niente, puo lasciare il suo numero di telefono?
- bla bla bla tre setimane bla bla bla chiamo e sento lo stesso bla bla bla
- si, però...se potesse chiamare dopo, sarebbe meglio.
- bla bla bla ma con chi parlo?
- io? io sono segretario. no! difatti no, sono nessuno, sono solo la voce con cui sta parlando, sempre la stessa, un pò noiosa come Lei. non la capisco!!! niente per niente hahahaha
in ultimi giorni lavoro in studio legale come centralinista che non c'entra niente hahaha
poniedziałek, marca 19, 2007
niedziela, marca 18, 2007
Tappa 2: Riunione a Ingolstadt
To wielkie spotkanie bylo swietnie. Bylo nas 50 aktywistow, mielismy pelny program od piatku wieczorem do dzisiaj rano. Rozmawialismy o tym, co bedziemy robic w ramach naszej Essthetik-Kampagne (kampania o wplywie na srodowisko naszego odzywianie sie), budowalismy Wieza Zycia dla zwierzat, obradowalismy, wybralismy zarzadu, planowalismy dzialanie itd.
Wieczorem, jako poczatek naszej kampani, ucztowalismy.
Tutaj zdjecia naszej Wiezy a my przy stole.

Smacznego ;)
BACIONI!
aha! zapomnialbym
przez caly ten czas ukrywalem sie w moim pokoju na maslicach!
ja
caput mundi




znane nam miasto widokowkowe skazone jest zludzeniem optycznym, ktore nadaje rzeczywistym budynkom jakies nierealne rozmiary. rzym widziany 'na zywo' troche traci... ale niewiele!!! najgorsi sa ci turysci... dzikie hordy przybywajace z roznych stron swiata, by dotykac przeszlosci i palaszowac turystyczna papke przygotowywana przez przewodniki, przewodnikow czy innych balamutnikow.
ja przezylem swoja ekstaze w anonimowej kawiarence gdzies pomiedzy campo de fiori a ulica plebiscitowa. pilem esspresso macchiato i jadlem croasanta z marmolada, sluchajac jakiegos szalonego rosjanina mowiacego rzymskim slangiem. na moment wszedlem w ich srodowisko naturalne, przez chwile bylem rzymianinem hehehe reWElaCJa!!!
jutro beda zdjecia :) papa
czwartek, marca 15, 2007
szczoteczka do zebow
przez chwile myslalem, ze to jakies zludzenie optyczne, bo jest juz 12, bo wypilem 2 szklanki wina do kolacji, bo sie starzeje.... sam juz nie wiem, dlaczego tak mi sie pomyslalo? hehehe w kazdym badz razie szczoteczka odchodzila...
i nagle! eureka!!!! przez ostatnie dni dzielilem moja szczoteczke do zebow z ta sympatyczna staruszka! i nagle! bueeeeeeeeee mialem ochote wyrzygac cala kolacje zalewana czerwonym winem rozcienczonym woda, bueeeeee ona uzywala mojej szczoteczki!!!! miala ja w ustach, a poznie ja... nieeeeeeeeeeee, to nie jest mozliwe bueeeeeee, ale syf!!!! bueeeeeee ona ja miala w ustach, nieeee!!!!! bueeeeeeee
wzialem sie w garsc, poszedlem po nowa szczoteczke, ktora (nie wiedziec czemu) kupilem niegdys w tuzli... umylem zeby i poszedlem spac.
dzis rano ta przesympatyczna kobieta zwrocila mi moja wlasnosc... czyz nie milo z jej strony?! wyladowala w koszu, ale przynajmniej jedno sie wyjasnilo - nie uzywala jej!!! heheeh
domy czesto chowaja rzeczy, ale nigdy ich nie kradna - z ksiegi madrosci staruszki ze szczoteczka :)
Alice, tantos salutos e besos :)
jesi li tuzan? depresivan? grrrrrrr
Tappa 1: Erlangen
Ich bin in Erlangen. Das ist eine schöne kleine Stadt in Bayern.
Przyjechalam o piatej rano, spalam do jedenastej i jestem bardzo smeczona.
Ale pisze, to znaczy robie tabelki. Tyle tabelek mam do zrobienia! :S
Moj tato mi pomaga w tym, bo on sie swietnie zna na Excel a ja nie lubie numerow...
Spacerowalam w lesie z mama. Slonce swiecilo. Mam nadzieje, ze energia slonce i wiosny mi pomaga wychodzic z tej doliny.
Aga, czytalam ze w Costa Rica jest "La Universidad de la Paz". Przyniesze ci artykul.
Potem idziemy jesc pizze! Que bien este! :)
BaCioNiiiii!
wtorek, marca 13, 2007
kao zivotinja u usranom zlatnom kavezu
i kako da ne popizdim?
jedno oko na maroko :)
centrum montegranaro jest w wiekszosci zamieszkale przez obcych, innymi slowy marokanczykow, rumunow, bulgarow, polakow, wszy, myszy, szczury, golebie, owady... ktorzy nadaja temu wymierajacemu miastu nowy, niepowtarzalny klimat.
pora obiadowa, waskie sredniowieczne uliczki, bruk, otwarte okna i plynaca z nich arabska muzyka, slychac niezrozumialy gwar, w powietrzu zapach pieczonego miesa...
trudno opisac, co sie czuje, spacerujac tymi uliczkami. z jednej strony wlochy i caly bagaz stereotypow - makaron, mamma, krzyczacy i gestykulujacy z okien italiano, migawki z filmow (cos miedzy kinem paradiso, wloskim neorealizmem a malena). z drugiej strony w wyobrazeniowa scenografie wpisani sa inni ludzie - nowi wlosi z calym bagazem kulturowym orientu, islamu czy innej religii. czuje lekkie zaskoczenie? ciekawosc? nie wiem :)
zastanawiam sie: jak wyglada lato wsrod tych uliczek? jak pachnie miasto w czasie siesty, kiedy z nieba leje sie zar, gdy nagrzany bruk i mury kamienic wydaja z siebie popoludniowe tchnienie, jak pachnie po letnim deszczu...
z pewnoscia nie jest jak wroclaw :) eh, ulica stalowa...
najbardziej lubie sierpniowe popoludnia, kiedy po upalnym dniu nadchodzi zmrok. powietrze pachnie wtedy cieplem, brukiem, chodnikiem... uaaaaaaa dosyc, dosyc, dosyc!!!!! nie myslec!!! przeszlosc! minelo, plusquamperfectum!!!! heheeh troche sie rozmarzylem hehe
ja spierdalam!
niedziela, marca 11, 2007
ustnik
jedynym miejscem, gdzie mozna go bylo wykorzystac, byl staw za torami... staw z ktorego pily wode pasace sie na lace krowy, do ktorego czasem sikaly, do ktorego i my sikalismy w deszczowe dni. staw pelen pijawek, mulu i zarostow. innymi slowy ciekla rozkosz, gwarancja rozrywki w upalne dni nad woda.
problem w tym, ze moj brat zgubil ustnik... strach, bo co powiedza rodzice, rozczarowanie, bo to nie taka sam frajda nurkowac bez ustnika, smutek, bo przeciez stracilismy czesc kompletu!.... wszyscy nurkowali, szukali, pocieszali, ale ustnik sie nie znalazl!
i kiedy w piatek spacerowalem wzdluz plazy w civitanovie, gdy znalazlem bezpanski ustnik - czarny, w zimie, nad morzem, tysiac kilometrow od stawu, kilkanascie lat pozniej - od razu pomyslalem o naszym zielonym komplecie do nurkowania...
zabawne... jakie figle plata pamiec :)
sobota, marca 10, 2007
piątek, marca 09, 2007
manje nego jucer, vise nego sutra...
tym razem bez lawek, bez podrecznikow, bez zadan domowych. ci, co juz wiedza, ucza mnie zycia na sucho, na bazie starczych doswiadczen, ktore maja ze mna niewiele wspolnego. pokazuja, jak robic to, jak tamto, co mowic, co myslec, co czuc!
jak mnie posluchasz, bedziesz doskonalym mezem! o tak, tak bedzie dla ciebie lepiej. hmmm nie powinienes tak myslec... itd.
ucza mnie definicji milosci, malzenstwa, szczescia, sensu zycia, wykladaja zycie codzienne w praktyce, slodza i pierdola trzy po trzy!
czym ja sobie na to zasluzylem? jakbym nie mial wlasnej glowy, wlasnego (malego, ale MOJEGO) rozumu! jakbym do tej pory nie zyl, tylko wegetowal czekajac na ich madrosc, by na mnie splynela... bueeeee
mam juz dosyc sluchania tych moralow, banalow, frazesoooow!!!
w oczekiwaniu na odpowiedzi, w oczekiwaniu na cud, w oczekiwaniu na wydarzenia...
trzymam kciuki za siebie :)
czwartek, marca 08, 2007
MaDonne
środa, marca 07, 2007
smrt iz dosade
umieram z nudow! najtragiczniejszy rodzaj smierci, najbardziej bolesny i chyba najglupszy hahahaha
czekajac na... arbeit macht frei!
poniedziałek, marca 05, 2007
meksykanski sikacz
wyrwali mnie z glebi pseudofilozoficznych rozwazan o istocie nicnierobstwa w momencie, kiedy dotykalem sedna sprawy. qrva, juz je mialem! ale umknelo! bo zwrocili sie do mnie jak do jakiejs wyroczni: i co teraz robimy? bo niby jestem gosciem i niby wiem, jak to u nich w camerino wyglada niedzielny wieczor?
a nic! nic nie robmy! nie chce mi sie ruszac dupy z domu!
ale nie wypadlalo tak z grubej rury, poza tym chlopaki pelne zapalu az sie gotowaly do wyjscia! no i poszlismy...
tu bylem, to widzialem, o jakies rzygi, klub A, klub B, klub C... i pusto, zywej duszy na ulicach, zadnej laski, na ktora by mozna bylo rzucic lakomym wzrokiem, niccccc!
i nagle eureka! pada haslo: obejrzyjmy film!
po 22 minutach i kilkunastu sekundach filmu z jakims chudawym marokanczykiem w roli glownej, stwierdzilem, ze ja spierdalam... ze to nie dla mnie, ze jestem na to za stary, ze nie moge, ze qrva nie!chce byc sam!
i poszedlem na piwo jak jakis znudzony zyciem, praca, zona, dziecmi, operator wozka widlowego w magazynie, czy inny robol. znalazlem k2, usiadlem w rogu, zamowilem meksykanskiego sikacza i saczylem go, delektujac sie kazda kropla, bo w koncu zaplacilem za niego jebane 3 euro 50 centow!
i ponownie swiatlo lampy neonowej zstapilo na mnie, i oswiecilo mnie swa madroscia. a moze to tylko byla piosenka the verve, ze I'm a lucky man... ? w kazdym badz razie doszedlem do wniosku, ze nie ma sie co zastanawiac nad tym: co ja tu, qrva robie? bo robie z siebie glupka! ze fajnie by sie bylo najebac troche z przyjaciolmi, powyglupiac itd. ale niestety nie ma z kim...
dokonczylem sikacza pozerajac wzrokiem kelnerke i wyobrazajac sobie, jaka przyjemnosc mogloby mi sprawic wgramolenie sie na nia, gdyby nie jej nastoletni syn czy maz za lada... gdyby nie to, ze mam jeszcze skrupuly, by nie stac sie morderca, terrorysta, gwalcicielem, pedofilem.
wyszedlem lekko wstawiony z druga butelka piwa w reku. z butelka zawinieta w papier, zeby nie demoralizowac mlodziezy wymarlego miasteczka, mimo ze bylo po 23, i odmaszerowalem do domu... jakiego domu? przeciez ja nie mam domu!!!!!
niechwiejnym krokiem wracalem do jednego z moich tymczasowych legowisk, minalem sliczna, mlodziutka kurwe, dla ktorej znalazloby sie miejsce w moim nowym lozku, ale pachniala jakimis drogimi perfumami, przypominajacymi mi zapach mojego alkocholicznego wujka po goleniu,... spasowalem wiec, odprowadzilem sie do domu, polozylem... i znowu ten sam fucking sen.... jak boomerang...
we wloszech eksplodowala wiosna! rozerwala mnie na kawalki hhehehe w sobote ide sie kapac hehe
niedziela, marca 04, 2007
sogni di... merda!
sobota, marca 03, 2007
ready 2 go
Widzę klucz na niebie
i myślę o ciebie
e dopo civitanova...


w anconie po raz pierwszy mialem okazje przekonac sie o tym, jak wielu uchodzcow, imigrantow zyje we wloszech! tu na prowincji tego nie widac az tak bardzo... sa tu marokanczycy, pakistanczycy, niezidentyfikowani mieszkancy czarnego kontynentu sprzedajacy pirackie kompakty... i inni kolorowi, ale na ulicach pojawiaja sie rzadko, w malych ilosciach :)
a w anconie... pracownicy portowi to w wiekszosci kolorowi! w czasie przerwy sniadaniowej wylegaja sie z remontowanego okretu, zasiadaja pod lukiem triumfalnym pamietajacym rzymskie czasy, jedza kanapki, pala papierosy, wietrza przepocone nogi, rozmawiaja w swoich ojczystych jezykach... i patrza z politowaniem na turystow wpatrzonych w lacinskie inskrypcje, dotykajacych marmuru, bladzacych wokol wzrokiem i usmiechajacych sie do kamienia.
niby wszystko jest ok, ale w powietrzu (w jezyku raczej) czuc lekka pogarde... bo sa di colore.
;) po raz pierwszy jadlem kolacje na plazy. pizze z owocami morza ;) glowy krewetek i muszle malzy ladoway w morzu, a ich jadalne czesci w moim brzuchuuuu hehehe rewelacja! morze, noc, swiatlo ksiezyca odbijajace sie w wodzie...
a potem kino! poszedlem na borata, bo dopiero tu dotarl z gran paese kazakhistan!
wloskie kino... hehehe... nikomu nie polecam! wszystkie filmy z dubbingiem!!! i z przerwa na siku heheeh porazka!!!
piątek, marca 02, 2007
ancona vol.2


ancona, ancona, ancona!!! ja chce sie tam przeprowadzic! zyc w miescieeeeee! wiedziec ludzi na ulicach, slyszec ruch uliczny, wdychac spaliny!!! ja chce do miaaasta!!! heheeh
no, i tak jakos leci...
mialem jechac do padwy na rozmowe w sprawie pracy, ale oczywiscie juz kogos znalezli wczesniej... pozostaje mi wiec pracowac albo dla prady, albo dla hugo bossa... heheheeh
czekam dalej... na cud chyba! dni mijaja powoli, wpadlem w jakas monotonie... sniadanie, kancelaria, obiad, wypad za miasto, ksiazka, tv, mycie, spanie...
nic ciekawego, nic szczegolnego...
ale wazne, ze jestem szczesliwy!!! jupiiii :D jakos mi lzej, jakos mi lepiej, jakos mi inaczej, jakos... wiosennieeeeeeee heheeh






