piątek, września 12, 2008

impresja

z nieba okrytego płaszczem tegetthoffa padają pierwsze krople, uwalniając ciepło kumulowane przez wszystkie upalne dni lata w asfaltowo-betonowo-kamiennych elementach ulic, nasycając powietrze wilgocią do granic oddychalności. ciężkie fioletowe chmury migocą odblaskami elektrycznych wyładowań, rozświetlając pogrążoną w mroku ulicę. to tu, to tam, ktoś podbiega do taksówki, przebiega przez ulicę. mrok. błysk. deszcz przybiera na sile, przygarbiając jeszcze bardziej skulone postaci bez parasolów w drodze do suchych oaz pod arkadami, w bramach, pod okapami czy balkonami.
w mokrych chodnikach przeglądają się zielone światła aptecznego neonu, odblaski anonimowych sklepowych witryn. asfalt pokryły czerwono-białe markery świateł samochodów, ciągnących się sznurem ku rozoświetlonej piazza venezia na końcu ciemnego tunelu viale del corso. prowadzą mnie one przez mrok do przystanku 40, gdzie krzyżują się główne drogi uciekających przed deszczem...

wtorek, września 02, 2008

pauper express

ostatnia sierpniowa noc na skraju lata napietnowana rozstaniem, w oczekiwaniu na nocny ekspres nr 240. Ona zostawia mnie na peronie, po czym znika w hallu zagrzebskiego dworca. o 23:30 zajmuje miejsce przy oknie naprzeciwko cherlawego blond Rumuna. wagon numer 341 przypomina stajnie podzielona na osmioosobowe boksy przedzielone waskim korytarzem. w boksie obok spocony wegierski koksiarz w przyciasnej koszulce. przede mna po lewej drobna hiszpanka z corka splodzona z purgerem, ktory wlasnie zegna sie z nimi nosem i dlonmi przyklejonymi do brudnego okna. dalej po prawej modelka z silikonem w gornej wardze w drodze do mediolanu. z tylu docieraja do mnie fragmenty rozmow po polsku, angielsku, wlosku.
o 23:45 z odlaczanego wlasnie wagonu nr 343 dociera do nas pierwsza fala podroznych lakomie zajmujaca wolne miejsca: wasaty wloch sztuk 1, mloda kobieta sztuk 1. w boksie obok tega wloszka sztuk 1, farbowany pan z wasem a la valentino, rumun w welnianym swetrze i inni mniej lub bardziej rzucajacy sie w oczy podrozni.
nowi oswajaja przestrzen numer 431 kosymi spojrzeniami, polusmiechami takimi samymi jak ludzi, ktorym zrobilo sie nieswojo przy beknieciu lub pierdnieciu w miejscu publicznym. starzy badaja grunt, nawiazujac pierwsze rozmowy w jezykach posrednikach. angielski natychmiast zastepuje wloski, mieszajac sie z krazacymi w powietrzu fragmentami po rumunsku, chorwacku, polsku, wegiersku.
o 23:55 podrozni lapia sie za telefony, by obwiescic swiatu, ze w koncu ruszylismy. przymykam oczy, zamieniam sie w sluch.

wloch z wasem do mlodej rumunki:
- soon bedziemy w italia, tam train no problem.
- si, mersi.

farbowany pan z wasem a la valentino (dalej rudolf) do grubej wloszki:
- a tso bendze, kiedy przyjdom tsi, tso majom rezerwacje?
- nie wiem, trzeba kogos zapytac.

rudolf do modelki:
- scusi, co robits, kiedy przyjszts persona z rezerwacja?
- nie wiem.

rudolf do grubej wloszki:
- tso tu robia tsi ludze? dokond jada?
- nie wiem, chyba do venezia.
- ale kim oni som?
- wydaje mi sie, ze sa tu persony z calej europy.
- dz-iwne. nits nie rozumiem. a gdze my teraz jestezmy? tso to za kraj?
- to chorwacja.
- a gdze to jest w jugoslawii?
- tak w jugoslawii. a zaraz bedzie slowenia.
- a slowenia nie jest w unii?
- nie wiem, chyba nie.
- dz-iwne, dz-iwne.

do wagonu wchodza policjanci. sprawdzaja dokumenty. w powietrzu mijaja sie rozpoznawcze spojrzenia przelatujace od paszportu do paszportu, od dowodu do dowodu.

rudolf do policjanta:
- ecscuse me, tso robits, jak bendom people z reservation?
- Ja nie know.

policjant do rudolfa:
- putovnica please.

w powietrzu mignal czerwony paszport z krzyzem w herbie i jakimis napisam cyrylica. zabawne grek z wasem a la valentino udawal wlocha.

zasypiam.