generalnie nie lubię szczochów z bąbelkami, które szumnie nazywają jasnym piwem, ale zgodnie z teorią mojego współlokatora, że nie ma lepszego sposobu na odwodnienie, to w upalne dni zdarza mi się gasić nimi pragnienie. w dnie dna na kurculi wystąpiły takie właśnie okoliczności, zamówiłem więc lokalne jasne kurcovaczko i usiadłem obok tubylców. byli to lokalni przedstawiciele kultury alternatywnej z rodziny wytarte jeansy, tłuste włosy i tatuaże, którzy rozmawiali sobie o życiu:
- no, to co tam u ciebie?
- a nic, takie tam, wszystko po staremu.
- e widzę, że coś marnie wyglądasz, co cię gryzie?
- ha, a co mnie może gryźć? standard - egzystencjonalne lęki, strach, niepewność jutra, co, czym, jak i kiedy. jak uda mi się w końcu rozwiązać te problemy, to będę weselsza.
w tym momencie przypomniała mi się wrocławska rozmowa sprzed kilku dni. mój przyjaciel (w prastarym tego słowa znaczeniu) zapytał mnie:
- no stary, prawie trzydziestka na karku i co teraz? do niczego kurwa nie doszliśmy...
hmmm... ale to chyba nie to, co miałem napisać o kurculi. trzeba będzie jutro porpracować nad wpisem numer 2. idę porobić trochę zdjęć.
niedziela, sierpnia 08, 2010
Subskrybuj:
Posty (Atom)