sobota, czerwca 30, 2007

sick of faces

szykuje sie kolejne miasto, kolejne mieszkanie, kolejny pokoj, kolejne lozko... zastanawiam sie, czy ta moja preregrynacja zatrzyma sie na jakis dluzszy czas w jednym miejscu? za tydzien fermo, za miesiac padwa, za pol roku triest... heeheh

moj 'przyjaciel' neapoletanczyk mnie przeraza. wyglada jak gollum, a poklady jego glupoty sa niewyczerpalne! ostatnio badal istote kalendarza, zastanawiajac sie, jak to jest mozliwe, ze lato zawsze jest w lipcu, a zima w styczniu, skoro kazdy dzien zaczyna sie i konczy o innej porze? a moze za 100, 200 lat bedzie tak, ze zima bedzie w lipcu? kto wie?

a tak poza tym, to nuuuda, ktora zabijam spacerami, dawkami lektur de quincey'a, russela, millera, prousta... zapijajac je frizzantino za 1,05 e.

cale szczescie za 6 tygodni urlop!!!

piątek, czerwca 29, 2007

io pensavo dicesse.. - viva il kitsch

Ho sempre pensato che dicesse "che ci fai vivere e sentire ancora una persona SOLA". Orpo, per la serie "la canno da anni"... vabbè.
Comunque per il resto il testo è quello.

Dimmi cos'è che ci fa sentire amici
anche se non ci conosciamo.
Dimmi cos'è che ci fa sentire uniti
anche se siamo lontani.
Dimmi cos'è, cos'è
che batte forte, forte, forte in fondo al cuore,
che ci toglie il respiro e ci parla d'amore.
Grazie Wrocław,
che ci fai piangere e abbracciarci ancora.
Grazie Wrocław, grazie Wrocław,
che ci fai vivere e sentire ancora una persona nuova.
Dimmi cos'è quella stella grande grande in fondo al cielo
che brilla dentro di te
e grida forte forte in alto al cuore,
Grazie Wrocław,
che ci fai piangere e abbracciarci ancora.
Grazie Wrocław,
grazie Wrocław, che ci fai vivere e sentire ancora una persona nuova.
Dimmi chi è chi è che mi fa sentì importante
anche se non conto niente,
che mi fa re quando sento le campane
la domenica mattina.
Dimmi chi è chi è
che mi fa campà sta vita così piena di problemi
e mi dà coraggio se tu non mi vuoi bene.
Grazie Wrocław,
che ci fai piangere e abbracciarci ancora.
Grazie Wrocław,
grazie Wrocław, che ci fai vivere e sentire ancora una persona nuova..

http://www.youtube.com/watch?v=doGQKdiLQTU

wtorek, czerwca 26, 2007

Bilet - GW - spać

Wrocław, 18 Czerwca 2007

Musiałam kupić bilet, kupiłam dopiero przed wyjazdem
Musiałam kupić Gazetę, Aga mi kupiła przed wyjazdem
Musiałam spać, spałam w pociągu.

Więc wszystko ok.

sobota, czerwca 23, 2007

jadrane, jadrane, jadrane moj

budi mi silan i dobro mi stoj :)

minela 21, a w pokoju wciaz 31 stopni. leze w jednym z tysiecy moich lozek, na poscieli wciaz pachnacej sloncem, gapie sie w sufit i wypacam 2 litry przepisowo wypitej wody. powoli wpacam sie w przescieradla, zostawiajac na nich moje feromonalne slady, znaczac zapachem potu moje terytorium. nie mam sily na nic! sekundy gonia minuty, zmieniajac sie w godziny i tylko rzadkie powiewy wiatru wywolujace nieprzyjemne uczucie chlodu na spoconej skorze, zaburzaja monontonie uplywajacego czasu tego upalnego wieczoru. w kacie z ksiazkami pobrzmiewa album time to kill, cofajac mnie w czasie, wywolujac dziwne wspomnienia sprzed dwoch lat, sprzed kilku miesiecy... jeden album, dwie rozne osoby, dwa rozne miejsca... zmieniam plyte i jest jeszcze gorzej. tym razem jedna osoba i dwa miejsca...
za duzo slonca...
uciekam na plaze...

piątek, czerwca 22, 2007

mentalna masturbacja

regularnie onanizuje mozg planami na chwilowo nierealizowalna przyszlosc. jak wizja californi w millerze, tak triest zyje we mnie w dziwnym przeswiadczeniu, ze tam bedzie lepiej, normalniej, a przede wszystkim blizej... ogloszeniami o prace podtrzymuje mozg w stanie permanentnej erekcji, coitalne czekanie bez odpowiedzi, bez elektrycznego dreszczu, bez ejakulacji...

czasem dopada mnie dziwne uczucie zmeczenia wieczna ucieczka przed samym soba, przed bezdenna przepascia otaczajacego mnie bezsensu zycia, przed swiadomoscia bezuzytecznosci i czuje sie wtedy jak zwymiotowana nieprzetrawiona zawartosc zoladka...

piątek, czerwca 15, 2007

un deficente

moj przyjaciel neapoletanczyk
jest mi jak brat! (sam tak powiedzial) tylko nie odkrylem jeszcze, w jakim stopniu jestesmy spokrewnieni. czy po jezusie chrystusie, ktory jest jego idolem, po plci, czy po ludzkiej formie, jaka przyjelismy. jest jak brat i nawet stal mi sie bardzo bliski. tak bliski, ze w szale swojej braterskiej czy chrzescijanskiej milosci wpakowal sie do mojego pokoju, choc ma wlasny, odbierajac mi nadzieje na spokojny sen az do piatku! skad ta zmiana? beh, zapewne skuszony perspektywa dlugich nocnych rozmow, a moze jednak uwodzicielskimi ksztaltami mojego chudego, owlosionego tylka...
napoletanczyk duzo mowi, bo wie, ze ja malo rozumiem. w ten sposob stara sie kompensowac straty w przeplywie informacji, poniewaz idiolekt mojego brata sklada sie z 70% dialektu neapoletanskiego z lekka domieszka wloskiego.
mowi przewaznie o kroczach i dupach wypelniajacych 90% jego poludniowego mikromozgu, o prostytutkach w belgii, irlandii, o jego nowej zdobyczy - hiszpanskiej kurwie z porto san giorgio, ktorej ciepla i wilgotna wagina moze byc twoja juz od 120 euro za numer, VAT oraz robienie laski wliczone w cene! mowi tez o swoim dziewieciomiesiecznym synku, o swojej albanskiej zonie, o jezusie... tak, o jezusie, bo kazdego wieczora czytuje do snu kilka wersow z nowego testamentu. wierzy w boga i jezusa! wierzy w zmartwychwstanie i inne dogmaty kosciola katolickiego. wierzy w to, ze ma racje! wierzy w to, iz ja z moim ateizmem czy agnostycyzmemnie jej nie mam. bo jest przeciez tolerancyjny! a kiedy pytam go, co powiedzialby twoj jezus na te wszystkie dupy, na hiszpanke z porto san giorgio? odwraca wzrok i ze zdziwiona mina odpowiada: kazdy ma prawo zbladzic...




poniedziałek, czerwca 11, 2007

Rendezvous

20 Luglio 2007, Aereoporto Milano Linate:

- Aga! TU qui?! Cosa fai qui?!
- EHI Ciao Andrea! Ehhh stavo andando a Montegiorgio a trovare Marcin!
- Ma come! Marcin è in Germania con Roberto a trovare l'Alice!
- Ma no!! Ma l'Alice mi aveva detto che veniva a Vicenza e a Verona st'estate!
- Ah bon! Oh cavalli!
- Allora magari faccio un saltino in Spagna.
- Da Ivan? Guarda che è a Wroclaw! Non doveva venire a trovare te?
- Oh perbacco! Spetta che rimonto in aereo allora!

Ecco, finirà così, se non ci mettiamo un po' d'accordo.

sobota, czerwca 09, 2007

magliano di tenna - porto san giorgio


01.06.2007
Kolejna noc w gorącym pokoju bez mebli, gdzie co kilka godzin budzą mnie sny, budzi mnie tłumiony gniew, buzi mnie pragnienie, budzi mnie poranny chłód na spoconym ciele. Jestem jak proustowski pacjent czekający na świt, zmęczony nocą, choć dopiero wybiła północ. Przetaczam się po 17100 cm kwadratowych łóżka w poszukiwaniu snu, bez rezultatu.

Dzień wlewa się do pokoju przez szczeliny w rolecie, wędruje po ceramicznej podłodze, wspina się po ścianie, by koło siódmej zalać słońcem moją poduszkę, wybudzic ze snu, ale nie dzisiaj! Poranna erekcja obudziła mnie wcześniej. Początkowo niewinna, nieukierunkowana, z czasem rozżarzona wspomnieniem jej porannych orgazmów, kiedy przestawała oddychać w ekstatycznym spazmie. Czuć tylko przyjemne pulsujące ciepło przedkopulacyjne. Za 6 minut zadzwoni telefon. 5, 4, 3, 2, melodia azry – balkan. Telefon pyta: odgoditi? Isključiti? Odgoditi! Mam 5 minut zanim znowu zadzwoni, skazując mnie na wstanie, oddanie moczu, rozpoczęcie kolejnego straconego dnia w pracy do czasu, gdy odnajdę siebie, zanim zrozumiem, o co mi właściwie chodzi, zanim zapomne.
Śniadanie złożone z croissantsa i szklanki mleka w barze Słonecznym dwa piętra i piętnaście kroków od domu. Arbeit do 13:30. Obiad w przydrożnej restauracji w Campiglione - kanapka i sok pomarańczowy, espresso z mlekiem, czasem deser. Arbeit do 19:30. Kolacja w hotelowej restauracji Świętego Marka w Servigliano: antipasto, pierwsze danie, drugie, deser, owoce... Wszystko odwrócone do góry nogami, ale przynajmniej nie płacę ani centa. Powrót do domu, piętnastominutowy seans przed telewizorem przy przygłupawym programie emanującym przyjemnym ciepłem odkrytych biustów i tyłków, skierowanym na najbardziej skoncentrowane zakończenia nerwowe męskiego ciała. Pierwszy z bliźniaczych dni w pracy zakończony.
Później przychodzi drugi, trzeci, czwarty... weekend w Pe, rower, słońce, morze, plaża, kawy. Morze wypitych kaw za 80 centów przy setkach przejrzanych stron lokalnych gazet. Wiadomości ze świata: Bush i Putin prężą swoje rakietowe członki, przechwalając się, kto ma większego, kto może zabić więcej mocą dzielonych atomów plutonu, uranu czy innego boga. Wiadomości z kraju: mąż zabija żonę w ósmym miesiącu ciąży, ktoś zginął w wypadku, Cygan bośniackiego pochodzenia zabił, Rom serbskiego pochodzenia ukradł, Albańczyk z kokainą, Cygan rumuńskiego pochodzenia potrącił, Rumunka zabiła, Polka zabita, w Rzymie ludzie wdychają kokainę zamiast powietrza. Ekonomia: zbyt wysokie podatki, produkcja, giełdy. Sport omijam. Program omijam. Horoskop: Księżyc z Jowiszem sprawią, że od przyszłego tygodnia będę szczęśliwy i bogaty, Wenus poukłada moje życie emocjonalne, obecność Merkurego zwiastuje podróże. Ale syf!
Jeszcze 11 tygodni...

09.06.07
Pierwszy weekend w pustym mieszkaniu w Magliano. Sam na sam z ksiazkami, sam na sam z niepoukladanym zyciem, sam na sam z samotnoscia.
...sono un uomo libero; ho bisogno di star solo, ho bisogno di rimugiare fra me e me le mie vergogne e le mie tristezze, di godermi il sole e i sassi della strada senza compagna e senza discorsi, colla sola musica del mio cuore... h.miller tropico del cancro

w tej przekletej, blogoslawionej samotnosci spaceruje po okolicznych wzgorzach porosnietych dojrzewajaca pszenica, ktorej slodki zapach upaja, oszalamia, przypomina wszystkie wakacje spedzone na wsi u mojej babci. w przejmujacej ciszy koncert daja tysiace swierszczy ... cdn moze kiedys

piątek, czerwca 08, 2007

weekendowa


jak zwykle nie udalo mi sie wrzucic tego, co ostatnio napisalem... bo komp nie rozpoznaje programu... grrrrrrrr


generalnie ok
pozdrowienia znad morza ;)


sobota, czerwca 02, 2007

G8

* * * Open your eyes, ears and mouths! * * *

All we are saying is give peace* a chance
* [and freedom and justice]

http://en.wikipedia.org/wiki/Alter-globalization

http://www.indymedia.org/en/
Indymedia is a collective of independent media organizations and hundreds of journalists offering grassroots, non-corporate coverage. Indymedia is a democratic media outlet for the creation of radical, accurate, and passionate tellings of truth.

Otro mundo es posible!

piątek, czerwca 01, 2007

uffa




ua dochoelra nawet nie moge wrzucic tego, co pisalem na laptopie.... grrrr
generalnie schudlem 5 kg.... fajna praca, co? hehe

ale jestem wooooooooooooooolny!!!!!!!!!!!!!!


27.05.06
Kolejna niedziela kończąca tydzień pełen: the wasted days, the days without meaning, the days of bosses and idiots, and the slow and brutal clock (Ch. Bukowski). Kiedy zmywałem z siebie morską sól, mastkę, zapach słońca, pot, piasek i pył, po poranku spędzonym nad morzem, miałem wrażenie, że uczestniczę w obrzędzie z gatunku ostatnia wieczerza. Pożegnanie z wolnością przed oddaniem tygodniowej daniny z mojego czasu, by móc później cieszyć się słodkimi owocami kapitalizmu – konsumpcją. By móc wsiąść w sierpniu do autobusu i przez dwa tygodnie oscylować gdzieś pomiędzy Polandowem, Bośniowem, Chorwacjowem, Serbiowem i Włoszowem. By na dwa tygodnie zapomnieć o tym pojebanym systemie wymiany towarów: czas za pieniądze, pieniądze za rzeczy, przyjemności za pieniądze itd. By na chwilę zapomnieć o bezsensie istnienia.
Z drugiej strony powinienem być wdzięczny za ten kierat. Mogłem się przecież urodzić w jakiejś bogatej włoskiej rodzinie skażonej syndromem mammistycznym, skazany na wieczne bycie sterowanym, wieczne szorowanie tyłka po stolcu aż do trzydziestego roku życia, kiedy wypadałoby być dorosłym i umieć podetrzeć się samemu. Przerysowane upupienie w praktyce: rób to, zostaw tamto, wybierz to, pomogę ci, bo nie potrafisz, wypiorę, wyprasuję, podam. Niczym dziecko z syndromem albo opóźnieniem, a do tego niemożność realizowania własnych, czasem naiwnych, planów, popełniania własnych, czasem nieuniknionych, błędów, obierania własnego, czasem złego, kursu. Bo ja mam X lat, bo wiem lepiej, bo widziałam, bo przeżyłem, bo na twoim miejscu zrobiłabym inaczej, bo byłem w takiej sytuacji, tysiące bo.
Duże dzieci dotknięte mammizmem płaczą cichutko w swoich pokojach, w pamiętnikach snują wizje o innym życiu, zrywając niewidzialne okowy, krzyczą w milczeniu, przelewając swój gniew na papier. Te same dzieci piszą czasem listy do wyimaginowanych przyjaciół, zwierzając im się z najskrytszych obaw przed niespełnieniem pokładanych w nich nadziei, ubolewając nad swoją szarością, nijakością, brakiem osbowości.

cdn moze