środa, marca 17, 2010

ósemka

dziś na tapecie wyścigi konne. bukowski był od nich chyba uzależniony, bo zwykł namiętnie się rozwodzić nad końmi z dwukołowymi powozikami i chudymi palantami na nich (a może to były wyścigi bez zaprzęgów?), ścigającymi się na zakurzonym jajowatym torze, nad emocjami towarzyszącymi wyścigom, obstawianiu, wygrywaniu, a ja nigdy niczego nie kumałem. o co ci, prostytutka, chodzi? to tylko wyścig zwierzaków przecież...
pierwszym hipodromem, jaki widziałem z bliska, był ten koło naszego hotelu w montegiorgio. poszedłem tam z nudów którejś soboty po pracy, by przegrać 5 euro, bo kto obstawia najwolniejszego konia na treningu przed wyścigiem tylko dlatego, że jest czarny i nazywa się Geronimo? nieważne.
dziś po obiedzie wstąpiłem z moim compagno z pracy do agencji hippicznej, gdzie kilku spoconych dziadków wodziło wzrokiem po ekranach telewizorów, na których symultanicznie wyświetlano wyścigi. compagno rzucił okiem na sytuację, czasy, nazwiska, imiona koni, powiedział, że ósemka w modenie, zapłacił i odszedł. podszedłem do okienka, zamówiłem to samo i odszedłem z kwitkiem. ustawiliśmy się pod telewizorem obok tych dziadków, zadarliśmy głowy i patrzyliśmy razem z nimi pocąc się z podniecenia.
czwórka, dziewiątka, jedynka, siódemka, szóstka, gdzie jest, prostytutka, ósemka? wlecze się na końcu stawki, 10 euro poszło się jebać. po pierwszym tysiącu metrów ósemka zaczęła przyspieszać, powoli mijała szóstkę, siódemkę, by na ostatnim okrążeniu, o dziwo, zwyciężyć.
przy kasie otarłem pot i odebrałem moje 34,50.

wtorek, marca 16, 2010

peep

lubię obserwować ludzi w środkach komunikacji miejskiej: dziwne grymasy na anonimowych twarzach, śmieszne tiki, układ zmarszczek czy worów pod oczami (podoczników). staram się czytać w ich myślach, zgaduję imiona, jednym słowem zabijam czas.

ostatnio naprzeciwko mnie jechała jakaś ukraińska baba, wyglądała co najmniej na Nadię Kołhozowicz Drohobyczewską. z wielkiej torby ze skaju wyciągnęła kilka zdjęć (rety jak dawno nie widziałem zdjęć zmaterializowanych na papierze) i wpatrywała się w nie namiętnie, zupełnie jakby nie rozpoznawała osób czy miejsc na nich uwiecznionych. a może miała tylko za słabe okulary...
gapiła się tak na te zdjęcia, tasując je powoli, a ja głowiłem się nad znaczeniem pojawiających się co rusz grymasów:
wuj Wasyl, ljubiłam ga, alje sabaka pił zbyt dłużo. maćiuszka, ja nie mogła jej widźjeć, a patom umierła. wnuczek Igor, jakje dłuże dźjecko.
gdzieś przed tiburtiną Nadia spakowała zdjęcia i wysiadła w pośpiechu. przez chwilę wpatrywałem się jeszcze w puste miejsce po niej, po czym zacząłem się rozglądać za następną ofiarą.

niedziela, marca 14, 2010

toc toc

halooo...
jest tu ktoś jeszcze? cattivi? cattivissimi?
palce odzwyczaiły się od pisania, oczy od czerwieni liter. staję do raportu i melduję posłusznie, że dorosłem, iż dojrzałem i mógłbym nawet założyć rodzinę (gdyby tylko zaszła taka potrzeba), a może tylko przyzwyczaiłem się do takiego życia?

rety, przeglądałem starsze posty i czułem się jak Krapp odsłuchujący swoich taśm.
to było tak dawno, to było takie śmieszne w tej swojej tragiczności, fatalności i bezwyjściowości, takie naiwne choć wtedy tak śmiertelnie poważne. buhahem wybuchłem.

od dziś postaram się o nulla dies sine linea.

dziękuję, dobranoc