wtorek, maja 29, 2007

Ladies and gentlemen, this is ..... Tiffy!
Nasz WG-kot. Jest piekny i mily a kiedy sie cieszy robi dzwiek jak helikopter.
Mrrrrrrmrrrrrrrrrmrrrrrr

piątek, maja 25, 2007

arbeit

duuuzo pracuje ostatnimi czasy, powoli moge wiec zapomniec o regularnym informowaniu was o wszystkim. do przeczytania next time. mam nadzieje, ze u was tutto ok.

sranja





20.05.2007
Punktualnie o 10:08 zjawiam się na stacji, by wsiąść do pociągu do An. Kasuję bilet, czekam kolejną minutę, wsiadam do przeklimatyzowanego pociągu, do ruchomej kostnicy pełnej zbyt mocno opalonych, ekstraunijnych, obywateli drugiego gatunku. Ja, unijny obywatel drugiej kategorii, nie mogę się na nich napatrzeć. Obserwuję ich ukryty za parawanem szkieł okularów przeciwsłonecznych, analizuję twarze, gesty, niezrozumiały język. Są sympatyczni, tylko strasznie śmierdzą. Widać nie wierzą w reklamy antyperspirantów, a może to religia nie pozwala im usuwać amoniakowego odoru potu.
Suniemy po szynach, zatrzymując się co kilka minut, by opaleni mogli wysiąść w nadmorskich miejscowościach obwieszeni torbami z okularami, paskami i innymi pseudomarkowymi towarami na sprzedaż. Rozkładają się później wzdłuż plaży i natrętnie wciskają swoje gówno przechodniom.
Mijamy Porto Potenza, Porto Recanati. Monte Cosaro rośnie z każdym kilometrem. Za oknem migają przesuwające się elementy krajobrazu: zieleń palm, czerwień dachów poprzeplatana z piaskowym brązem plaż oraz kamiennych falochronów wpisanych w falujący turkus morza. Okno, książka, okno... tunel.
An
Miasto - jego zapach, hałas, ruch - na chwilę wytrącają mnie z małomiasteczkowej równowagi. Torowiska, rozgrzany asfalt, spaliny, smród miejskich śmietników, kuchenne wyziewy i nadmorska bryza. Dworcowe odgłosy, kościelne dzwony, ryk syren portowych i ludzki gwar. Samochody, autobusy, ludzie. Miastoooooooooooooooo...
Idę w stronę portu, do którego przypłynąłem prawie cztery miesiące temu. Sto dziesięć dni - staram się o nich nie myśleć. 2640 godzin zapomnienia wymazanych z curriculum vitae, za które przyjdzie mi kiedyś zapłacić.
Mijam starą bramę, gdzie jakaś para uprawiała frenetyczny seks o 11:31, zakończony przedwczesną ejakulacją, pomnik Marka Aureliusza, port, by móc wspiąć się na górujące nad portem wzgórze San Ciriaco.
Po mozolnej wspinaczce docieram do duoma, gdzie w kościele św. Czyraka znajduję schronienie przed palącym słońcem. Trwa msza. Stoję chwilę w udawanym skupieniu, rzucając ciekawe spojrzenia na wnętrze świątyni, a jeszcze ciekawsze na zgromadzone w niej czarnowłose białogłowy. Duszno, duszno... ewakuacja!
Kluczę bez celu w labiryncie wąskich uliczek, wsłuchując się w odgłosy dochodzące z mieszkań, wdychając zastawione stoły, obiady, popołudniową kawę, poobiednią drzemkę. Zbieram okruchy życia w rodzinie, którego się pozbyłem, którego się jeszcze nie dorobiłem. Bezdomny na własne życzenie.
Przystaję na chwilę na zalanym słońcem placu św. Franciszka. Z antykwariatu po lewej rozbrzmiewa nieznana aria z nieznanej włoskiej opery. Z otwartego okna po prawej dobiegają znajome odgłosy obiadowych pobrzękiwań sztućcami., pourywane fragmenty rozmów. Przede mną w rozgrzanym powietrzu faluje kościół świętego asyżanina.
Wspinam się po schodach, by zobaczyć gotyckie cudo, górujące nad opustoszałym placem. Wchodzę po kamiennych stopniach pokrytych ryżem, rozrzucanym przed chwilą garściami, po więdnących płatkach róż. Przekraczam próg. Wnętrze kościoła obejmuje mnie przyjemnym chłodem, wita mocnym zapachem palonego kadzidła. Nie ma nikogo. Ani zakonnicy sprzątającej po ceremonii, ani zbłąkanego gościa weselnego, ani dewotycznej staruszki. Z nikim więc zwiedzam jedną z boskich rezydencji na tym świecie, komentując krzyżowość jego świątyni wyrażoną w olejnych obrazach ukrzyżowanego Żyda, krzyżowych sklepieniach, drodze krzyżowej. Nadaremnie szukam krzty radości, o której tak często mówią ewangelie. Wszędzie śmierć i wykrzywione grymasem bólu twarze Jezusa, Maryji, pierwszych męczenników.
Robi się późno, robi się gorąco, robię się głodny.
Przemykam opustoszałymi ulicami pełnymi popołudniowego słońca, by znaleźć wytchnienie w nielicznych oazach cienia. W poszukiwaniu cienia, w poszukiwaniu baru, w poszukiwaniu piazza Cavour, by móc w końcu zjeść jakąś namiastkę obiadu.
Pod palmami na placu Cavour porozsiadały się jakieś baby, żywo dyskutując, czasem nawet gestykulując. Przechodząc obok, wyłapuję fragmenty rozmów. Polki, w większości Ślązaczki, opowiadają o swoich stetryczałych podopiecznych, obłapiających je latinlowersach po pięćdziesiątce, o niedwuznacznych propozycjach, o pieniądzach, o rodzinach. Siadam w barze przy jednej z okupowanych przez opiekunki betonowych ławek, czytam Corriere i ukryty za barykadą z papieru, wsłuchuję się w lament emigrancki pełen tęsknoty, żalu, skarg.
Staram się je zrozumieć, staram się o nich myśleć jak o rodaczkach, które wyjechały z kraju za chlebem, staram się. Usilnie się staram, ale jakoś mi nie idzie. Jakoś nigdy mi to nie wychodziło. Wyjechałem, bo miałem już dosyć Polandowa, bo chciałem być bliżej Południa, bo zawsze o tym marzyłem. Poza tym ja nie mam rodaków, nie mam krwi, nie mam pochodzenia i nie powinienem mieć paszportu. Jedyne co mam to wypaczony mózg, 72 kg ciała, 2 nogi, 2 ręce, penisa standardowej długości, krzywe zęby i 180 cm wysokości osadzonych na stopach długości 24 cm. Do tego 20 euro w kieszeni na bilet, butelkę wody niegazowanej i paczkę ciastek do pociągu, który odjeżdża o 16:35 z peronu numer cztery.

niedziela, maja 20, 2007

nature's art

Nature is art / Nature's art


Ho passato il weekend leggendo testi in giardino. Que bien este! Che pace! Gli uccellini che cinguettano felici, il sole che scalda, il vento che rinfresca, le piante che verdeggiano, che lusso un giardino! Un Eden davanti alla finestra, un paradiso a due passi, il verde entra in me passando per gli occhi e mi riempie di una forza profonda, una sensazione di gioia sconfinata. Mi mancava il verde. Adesso che sono piena di verde, mi manca il rosso, voi.

ad ancona




jestem w anconie, sam! ;) jutro przeprowadzam sie do montegiorgio. mam prace, mieszkanie, powinno byc ok! cdn

sobota, maja 19, 2007

En attendant Chissàcosa

On y va?
Allons-y.

J'attends Godot.
Qui veut attendre avec moi?
Il faut avoir de la patience.
Ma grand-mère me dit toujours que dans la vie il faut en avoir beaucoup.

Donc attendons Godot.

wtorek, maja 15, 2007

Es ist rot Mäuschen - culture shock

- W supermarkecie pani pyta, czy jestem zadowolona zakupami. Shok.

- 2:00 w nocy, leję, nie ma samochodów na ulicach a światło jest czerwony. Jadę przez ulicę a taki pan który czekał na drugiej stronie ulicy mówi „Es ist rot, Mäuschen!” :D

- Małżeństwo w supermarkecie: On: „Daj mi torbę, kochana!” Ona: „NEIN!”

- Pan otwiera drzwi i nie czeka żebym przeszła przed nim – YUHUUUU!

- Rozumiem kompletnie wszystko, co ludzie mowią na ulice, w radio, w telewizji, przez telefon....

- Przed teatrem wielki tłum starych kobiet ubrane totalnie bezguście

- Branderburski dialekt - okropny

- Miałam stare baterie, myslałam że będzie trudno znaleźć taki zielony karton gdzie je zbierają... zupełnie nie: jeden wisi w uniwersytecie, drugi w supermarkecie, trzeci na poczcie...wszędzie zielony kartony!

- Córka mojego wspólokatora ma cztery lata a wita mnie podaniem reką - oops

- Zieleń!! Frankfurt jest zielonissimissimym miastem!


Wczoraj w restauracji

Alice jest starsza ale jeszcze dzieckiem

niedziela, maja 13, 2007


adywagator 09.05.2007.
Jeden z moich ostatnich dni w gównianofarmaceutycznym smrodzie szpitala Villa Maria. Siedze przy oknie z widokiem na morze, nudzac sie smiertelnie. Czasem zagladam do ostatniej ksiazki Bukowskiego – swoistego pamietnika pelnego oczekiwania na smierc - ale nie jestem w stanie czytac. Mysli uciekaja, watki gubia sie co drugi akapit. Wracam do ostatniego pobytu w Z, do dyskursu postmodernistycznego, do kontestacji, do kontestacji kontestacji. Pijany Bukowski rozbija sie po lazience. Rozmowa o przestrzeni pomiedzy transgresja a litera prawa. Bukowski o rasie ludzkiej, która wszystko wyolbrzymia – przede wszystkim wlasna role. Postpostmoderna, kiedy nie ma juz czego kontestowac. Bukowski o bezsensownosci szukania idealnej kobiety, o braku przyjaciól. Transgresja jako wyraz zle pojetej wolnosci buntowania sie. Bukowski o grafomanstwie wspólczesnych pisarzy. Postpostmoderna jako powrót do praw, zasad, konwenasów. Bukowski i jego niemoc pisania. Jalowosc dyskusji, marnosc argumentów, wiszaca nad wszystkim brzytwa Ockhama. Bukowski i jego kobiety. Za godzine wracam do P. Bukowski i jego metoda na znalezienie weny. Czas wracac do P.! Bukowski smieje sie szyderczo, do Millera mu jednak daleko. Czekanie na autobus we Wloszech przy 28 stopniach. Zar leje sie z nieba, asfalt grzeje od dolu, powietrze zatrzymalo sie gdzies pomiedzy Apeninami a morzem. Lekkie opóznienie: 1, 2, 3 minuty i nic, nie ma autobusu! Mokra plama pod skrzydlami powieksza sie z minuty na minute, na plecach niesmiale zarysowuje sie kolejna, ale jeszcze nie smierdze. Jeszcze! Nadjezdza. Wsiadam, kasuje bilet i zajmuje najblizsze wolne miejsce vis a vis jakiegos mocno opalonego czlowieka, który PATYKIEM dlubie w zebach. Przesiadlbym sie z checia, ale jeszcze pomysli, ze jestem rasista. Poprawnosc polityczna dnia powszedniego. Obserwuje bacznie pasazerów, bo kto podrózuje wloskimi srodkami komunikacji zbiorowej? Uczniowie szkól ponadpodstawowych, nieszczesnicy, którym zepsulo sie auto, imigranci unijni i spoza unii – ci mocno opaleni. Kolorowi - nikt tu do nich nie pala wielka miloscia, do nas zreszta tez. Zawsze sa jacys ONI, zawsze jestesmy jacys MY. Troche to juz nudne. Jak zwykle nie zdazylem na pociag do P. Mam godzine na spacer po plazy, wizyte w ksiegarni, jakas kawe. 100 metrów i jestem nad morzem, gdzie jeszcze sie nie zabikinilo ani zatoplessilo, ale z kazdym dniem przybywa spacerowiczów spragnionych nagich cial wczasowiczek. 60 metrów dalej znajduje Apostolów Renana, waham sie chwile. Z jednej strony kusi mnie krytycznym spojrzeniem na sekte chrzescijanska, z drugiej strony jezykiem, ale nie! Kupie jutro. Jeszcze 25 minut. Bladze po waskich uliczkach centrum Porto S., mijajac witryny sklepów z drogimi butami, odzieza i innymi markowanymi dobrami konsumpcyjnymi. Na ulicach przewaznie lansujaca sie gównazeria – dzieci smieci obrzydliwie bogatych rodziców. Ulizani, oetykietowani, wyperfumowani, nieswiadomi swojej kartykaturalnej smiesznosci. W poszukiwaniu pseudopartnera wszyscy ponizej 16 roku zycia. Siedemnastolatkowie trzymajacy sie za rece, osiemnastolatkowie udajacy doroslych w autach swoich rodziców. Wsród tych dziwaków czuje sie jak jakis zagubiony dinozaur. Lawka, ksiazka, jeszcze 15 minut. Wracam do Z sprzed trzech miesiecy, do pseudodyskursu, do gówna z którego wybrnalem. Najchetniej zasmialbym sie sobie w twarz, ale nie mam nawet lusterka.

na ryby 11.05.2007.
Marcin, pojebalo cie?! Pierwsza mysl, kt?ra przeszla mi przez glowe, kiedy o 3:30 zadzwonil budzik. Leze przez chwile w cieplym lózku, gapiac sie w sufit, zbierajac sily, by wstac. Przed oczami przelatuja mi obrazy wszystkich niedospanych nocy, sennych poranków na kilka godzin przed odjazdem pociagu czy autobusu – jest mrok, panuje ta sama cisza, a ja przeklinam moment, w którym zgadzalem sie na tak wczesne wstawanie. 20 minut pózniej jestem juz w samochodzie. Za kolejnych 20 minut bede na wodzie, w mikrolódce emerytowanego rybaka. G zabiera mnie na ryby, wlasciwie to na polów kalamarnic. Rok temu schodzilem na wode w ósemce, dzis... w jakiejs mydelniczce, ale i tak jestem szczesliwy, bo znowu moge poczuc opór wody przy przeciagnieciu wioslem, lekkie kolysanie, to, ze plyne. Mechaniczne sekwencje rak zamieniaja sie w ruch. Hoooop - przeciagniecie, wyjscie z wody, obrót wiosla, powrót, kolejny obrót wiosla, wejscie i hoooop... Jest jeszcze ciemno. Za plecami natretne latarnie miasta, przede mna mroczne morze ozdobione nielicznymi jasnymi punktami i ksiezycowa poswiata mieniaca sie na zeszkwalonej powierzchni wody. Powoli, w miare jak oddalamy sie od brzegu, nad niewidocznym wybrzezem Chorwacji zaczyna sie pojawiac coraz jasniejsza plama. Czern nocy przechodzi w granat zmierzchu, ten z kolei nabiera coraz jasniejszych odcieni dnia, wszystkie warianty niebieskiego mieszaja sie teraz z czerwienia, zwiastujac nadchodzace slonce. Gwiazdy znikaja, robi sie coraz widniej. Bez zbednych ceremonii z morza wyrasta slonce. Kawalek swiatla, który rosnie w oczach, przybierajac coraz bardziej znajomy ksztalt. Czerwony owal wznosi sie majestatycznie, z kazda sekunda nabierajac mocy, by w koncu oderwac sie od powierzchni morza. Jeszcze moment i zmieni sie w rozzarzony bezksztalt, na który nie mozna patrzec. A potem bylo juz tylko nudno.

Villa maria po raz ostatni
11.05.2007. Ostatnie godziny w Villa Maria uplynely pod znakiem krzyza syna odkupiciela swiata, pana boga Jezusa Chrystusowskiego, który bla, bla, bla... Musialem dzis uczestniczyc w liturgii. Jak zwykle skoncentrowalem sie na kazaniu i fragmencie z pisma, w odwrotnej kolejnosci oczywiscie. Podstarzaly ksiadz wciska mi do uszu prawde o synu boga, odkupicielu swiata, który byl tak laskaw, ze poswiecil swoje zycie dla mnie, dla mojego zbawienia; dla mnie, choc przyszedlem na ten padól dwa tysiace lat pózniej, kiedy swiat nie jest juz tak jebanie prosty; dla mnie, choc nawet mnie nie znal; dla mnie, choc nie wierze w jego boskosc; dla mnie, bo mam zaliczone wszystkie wymagane sakramenty. W swojej laskawosci tenze syn boga odkupuje wszystkie moje grzechy popelnione, te jeszcze nienastale, ba! nawet grzech, przy którym nie bylem obecny – mam na mysli obled pierworodny. Wszystko to otrzymuje od niego, bo mnie kocha. Absurd! Ksiadz twierdzi, ze jego ojciec - bóg - tez mnie kocha! Miloscia ojcowska, taka z wiecznym posmakiem adopcji, jak wlasne dziecko, lecz tak na 98%, bo jestem przeciez tylko adoptowanym bekartem. W zamian za to, musze kochac jego syna, bo przeciez cierpial za mnie na krzyzu. Jezu kocham cie, mimo ze cie nie znam, mimo iz nie zyjesz, mimo ze jestes facetem. Kocham cie jak... jak wieze z kosci sloniowej! Nigdy nie rozumialem, o co im chodzi z ta wieza, ale w dziecinstwie robila na mnie wrazenie. W dziecinstwie, kiedy zarazili mnie dzuma chrzescijanstwa, kiedy mialem wrazenie, ze uczestnicze w jakims tajemniczym, wiecznie zakazanym misterium. Bylem kurewsko naiwny. Czasem wyobrazalem sobie siebie w roli wspólczesnego meczennika w imie Jezusa czy w imie calego tego katolickiego balaganu. Moglem wtedy nawet umrzec za ksiedza proboszcza! Jezu, cierpienie, które mi ofiarowales, by odkupic moje winy, nie ma dla mnie najmniejszej wartosci, bo przeciez na nie zasluzyles! Poza tym Rzymianie starali sie zlagodzic twój ból, podajac ci do picia ocet! Zabili cie, poniewaz stanowiles swoiste zagrozenie dla ustalonego ladu i porzadku gminy zydowskiej, bo byles de facto heretykiem, eklektykiem, madrala w dobie powszechnego ciemnogrodu intelektualnego. A twoje chrzescijanstwo to kolos na glinianych nogach podszyty niedorzecznymi dogmatami, tania dziwka, która sprzedaje sie spragnionym niesmiertelnosci, ignorantom, co nie maja odwagi, by zrozumiec, ze raz sie zyje, raz umiera, iz niemozliwy jest powrót czy to w ciele duchowym, czy fizycznym. Ja wróce w tym z 14 kwietnia 2006, kiedy prawe kolano mialem zdarte od seksu albo w tym z 10 grudnia 2043, gdy lezalem w szpitalu po kolejnej nieudanej próbie wyleczenia marskosci alkoholem. Prosze ksiedza, prosze sie ode mnie odjebac. Musze dzis kupic Apostolów Renana, przynajmniej on mnie rozumie.

poniedziałek, maja 07, 2007

Food for thought

Byłam na poczcie. Nie było nikogo. Pani się do mnie uśmiecha. Potrzebuję znaczków, zapytam i zanotuję sobie różne ceny za listy i widokówki do kraju, poza kraju a w Europie, oraz poza Europy. Pani spokojnie mi wszystko wytłumaczy. Przyjdzie inny klient, a pani dalej mi tłumaczy. Zapłacę kartą, to trochę trwa, a inni mają dla mnie czas. Mam powrotny culture shock, wszystko tutaj teraz jest strasznie ciekawe. Obserwuję i odkrywam świat innymi oczami.
Mój nowy współlokator wczoraj kupił pączki i robił nam kawę. Siedziliśmy i gadaliśmy cały wieczór, przecież Niemcy są małomówni, zamknięci i w ogóle nie mili!
Też są porządni, precyzyjni i punktualni. Tylko mój drugi wspólokator ma straszny bałagan w pokoju (i w życiu), jest chaotyczny i nigdy nie przychodzi na czas. Chyba ma włoski krew? Nie nie...
Te stereotypy są chyba potrzebny ale cholernie niebezpieczny.
Dobra, nie zawsze. Na przykład z Andrea potwierdziliśmy stereotyp, że Włosi chętnie śpiewają. A kiedy tego nie umieją, też śpiewają, bo chissenefrega, i bo trzeba potwierdzić taki ładny stereotyp.



I piedi per terra. No. Una vita ovattata. Non l’anima ma tutto ovattato. Un pulcino che deve crescere, che resta sempre pulcino perché è più facile. Anche mamma chioccia è pulcina. Nell’ambiente che conoscono i pulcini c’è poco spazio per crescere, nessuno cresce. La carta ha ottimi poteri isolanti.


Stereotipi a destra e a manca. Il mio coinquilino di sinistra fa molto il macho, quello di destra meno. Arriva il mio coinquilino di destra. Mi porta un cabarettista sull’USB. Lo metto su. Un’ora di stereotipi. Da morir dal ridere, per carità. Ma è vero che le donne si devono comprare mille borsette, non sanno guidare e stanno in bagno delle ore mentre gli uomini di natura tendono a essere sporcaccioni, porcelloni, bambinoni? Secondo Mario (il cabarettista) e secondo i miei due coinquilini sì. Però il bagno è sempre pulitissimo e io non l'ho ancora pulito. Mah.


Remembering The Drumming Pickles. It was in 2004, once a week we met at a café, at someone’s house, at a pub, in the park, wherever – and we wrote. It was a seminar for creative writing and it was great. Our group knew it was going to be a group even before we were told we’d have to split into groups. We were the Drumming Pickles. The stories and poems we wrote are now collected in a big colourful book in the library here, but where are the Drumming Pickles now? One is in South Africa, two (?) are in France, two are in Berlin and one is here writing to you.

slowo o kurwie pedasianskiej


kurwa pedasianska, czyli o czym moze myslec samotna, podstarzala córa Koryntu?

06.05.2007. W wieku 26 lat poznalem moja pierwsza kurwe, kurwe pedasianska. Siedziala skulona na falochronie, metnym wzrokiem patrzac na rozlewajace sie po plazy fale. Bez makijazu, nieudolnie zafarbowane blond wlosy, znoszone tenisówki, szary dres. Prostytutka doskonale zakamuflowana, jakby za wszelka cene pragnela odwrócic od siebie uwage, o która musi zabiegac kazego wieczoru. Pyta o papierosa. Kontakt nawiazany. Skad jestem? Co robie? Zaczyna sie standardowa, bezsensowna rozmowa, by potoczyc sie doskonale znanym torem az do wyczerpania tematów. Dialog pingpongowy. Z grzecznosci odpowiadam, z grzecznosci udaje zainteresowanie, z grzecznosci zadaje te same pytania, które przed chwila uslyszalem, z grzecznosci konwenanse, konwenanse, konwenanse. Jak flirt towarzyski w podstawówce, tylko bez podtekstów typu: podobam ci sie? Chcesz byc moja sympatia? - Jestem nikim, z nikad, nigdzie, nie wiem. A pani? - Jestem, gdzies tam, od 5 lat, prostytutka. ... Niewygodna cisze przerywa pytaniem: - Co jest chlopczyku? Nigdy nie rozmawiales z kurwa? - Usmiecha sie i patrzy na mnie z politowaniem, po czym odwraca wzrok w strone morza. Nawet nie moge powiedziec o, kurwa, bo jakos mi nie pasuje do zaistnialej sytuacji. Zostawiam ja na jej zasranym kamieniu, bo nie bawie sie w Jezusa czy innego Samarytanina, by dowiedziec sie, o czym w niedzielny poranek mysli siedzaca na falochronie córa Koryntu. Pewnie zapoznalaby mnie z tajnikami swojego zawodu, gdybym tylko chcial pozbyc sie jakichs 20 euro z kieszeni. Choc w jej wieku, to nie jestem pewien, kto i komu powinien placic za chwile watpliwej przyjemnosci. Ide dalje szukac butelek z listami. Moze morze po ostatnim sztormie wyrzucilo cos dla mnie.

niedziela, maja 06, 2007


¡VIVA MÉXICO!


AmiciziaFreundschaftAmistadPrzyjaźń

To, czego nie mamy, znajdujemy u przyjaciela.
(…) Pora wracać do przyjaźni, wiedząc, że wymaga ona codziennej pielęgnacji, aby mogła wydać swe cudowne owoce. Trzeba stworzyć nastrój wzajemnej sympatii i podkreślać podobieństwo zainteresowań. Obdarowywać się nawzajem pogodą i spokojem. Podporządkować się pewnej żartobliwej dyscyplinie, aby podtrzymać przyjaźń. Odkrywać razem z przyjaciółmi potęgę świata i rozkosz spędzania wspólnie wielu godzin. Śmiać się razem kumplami. Traktować przyjaźń jako niewygasające zaproszenie do akceptowania i bycia akceptowanym. I w głębi duszy starać się o możliwie największą doskonałość tej przyjaźni, chronić ja przed nadużyciem. Żyć w otoczeniu przyjaciół, nie pozwalając sobie na nic, czego nazajutrz mielibyśmy się wstydzić, ani na obmawianie nieobecnych. Bronić przyjaźni przeciwko zazdrości, zawiści, lękom. I zgadzać się na to, by ktoś się z nami nie zgadzał – agree to disagree. Różnice zdań powinny wzmacniać przyjaźń i wzajemny szacunek. Przyjaźń to zaufanie (…)
Carlos Fuentes "W to wierzę"

piątek, maja 04, 2007

Male Ludzie

Specialny dokument dla Alice i kochanków krasnaludów...ów ów ów ófffffaaaaa!!!!!!

Krasnaludki pojawiaja sie wszedzie we wroclawiu!! Uwaga, to jest napad!





1. Krasnalek Kowal, na Kuzniczej. Ciezko pracuje bo musi karmic jego cattivi dzieci.


















2. Krasnalek Wiezien, na Wieziennej, siedzi na (albo "w", kto to wie?) wiezieniu bo byl troche cattivo. On twierdzi ze jest dobry i mily (jak Marcin), chociaz wszyscy wiemy ze jest zly i lubi jesc w (albo "na", kto to wie?) KFC.

czwartek, maja 03, 2007

sie zaczelo sie

cos w koncu zaczelo sie ukladac... miejmy nadzieje, ze wkrotce zmienie mieszkanie... na wlasne!!! no, wynajete, ale zawsze wlasne!
mam troche roboty....

p.s.
wzburzone nocne morze ma w sobie cos, co wypelnia mnie strachem. jak mojzesz jakis stoje na falochronie, obserwujac cofajacy sie bezksztalt. morze wyglada, jakby sie mialo zaraz rozstapic przede mna. unosi sie, zatrzymuje na moment i z impetem uderza o skaly... przechodza mnie dreszcze... chyba czas wracac do domu.

środa, maja 02, 2007

Terlino

NOTIZIE FLASH
Quattro Cattivi qonkuistano Merlino

Zerlino, 30 Aprile 2007

Dopo un avventuroso viaggio e un avventurosissimo passaggio di frontiera due più due Cattivi si sono trovati a Frankfurt Oder e poi a Perlino. Ost-Verlin, West-Werlin. (Abbasso) il Muro, Alexanderplatz. Oranienburgerstraße, l'ufficio e anche la casa di Merkel, l'isola dei musei, la sinagoga, il Duomo, la chiesa blu. Ost-Rerlin, West-Serlin.

Picnic & brunch, casa occupa, falafel, concerto coll'ANTI-KONFLIKT-TEAM, labbra screpolate dal freddo, viaggi del tutto illgeali, ancora problemi al confine.
Ma una sensazione di essere in famiglia. Di essere ancora a casa e di non dover temere. Domani koncuistiamo Perona, Goledo, Dicenza, Grieste, Onkara, Jarcelona. Viva l'amore, disse l'Ape Gaia alias l'Alice Felice.

mezczyzni w bialych skarpetkach

przychodza czasem takie wieczory, kiedy nie mamy, co ze soba zrobic, kiedy meczy nas czas, ktory zatrzymal sie gdzies po kolacji, a nie dotarl jeszcze do pory wieczornej ablucji przed pojsciem do lozka, kiedy w telewizorze nie pozostalo juz nic do zobaczenia, kiedy rozmowa nijak sie nie klei, kiedy w powietrzu konsternacja zmieszana z desperacja osiaga maksymalne stezenie, kiedy do glowy wpadaja najrozniejsze pomysly typu: obejrzyjmy film z bozego narodzenia!
o! wybawco z niewygodnej sytuacji! o! stworco nowej, niewygodnej sytuacji! hehe
play!
koniec lat osiemdziesiatych, boze narodzenie.
ujecie 1.:
po ekranie kreca sie domownicy w cialach sprzed 20 lat, cos mowia, cos robia.
ujecie 2.:
z lewej choinka, pod nia prezenty. zblizenie na prezenty. kamerzysta uchwycil... yyy... wyblaklosc kolorow, niewyraznosc ksztaltow, ale zblizenie bylo! hehe
ujecie 3.:
ooo! i stol bogato zastawiony... talerzami, bo 12 tradycyjnych potraw jest jeszcze w drodze. yyy... przeciez tutaj nie ma kolacji wigilijnej ani 12 potraw! makaron z makaronem w sosie makaronowym hehe
ujecie 4.:
w koncu akcja! stol, domownicy zajeci rozpakowywaniem prezentow. przez ekran przelatuja majtki, koszulki, liry, zabawki, skarpetki... po czym zaczyna sie dyskusja! temat: biale skarpetki! gadaja, gadaja, gadaja... nic nie rozumiem! z trzaskow, szumow, wykrzyknien i urywanych zdan udaje mi sie wylowic jedyny zrozumialy fragment!
...podobaja mi sie mezczyzni w bialych skarpetkach...

a poza tym nudy...