środa, listopada 21, 2007

metro 3

linia A smierdzi dzis moczem. pewnie jakis sfrustrowany pracownik atac-u nasikal do klimatyzatorow, by skompensowac zepchniete gleboko do podswiadomosci zaznane krzywdy czy co go tam dopadlo za zycia.
wracam z polowania na sok jablkowy... o dziwo w rzymie trudno go dostac! mniejsza o to...
gdzies na wysokosci stacji re di roma siada kolo mnie pachnacy, wypacykowany metroseksual.
penis co chwile zaglada mi przez ramie do ksiazki... po penis? przeciez i tak nic nie kuma, bo to cyrylica... ale widocznie go to podnieca. zerka tak, lypie okiem, spoglada i nagle...
na policzku czyje dotyk czegos cieplego i wilgotnego, to cos przesuwa sie powoli w strone skroni, pozostawiajac za soba mokry chlodny slad.
mater ti jebem pedersku! - z przeklenstwem na ustach zrywam sie z plastikowego siedzenia, unosze piesc i lewym sierpowym przykurwiam mu w nos! raz! dwa! trzy! pauza... cztery! z nosa wycieka czerwona struzka krwi, metroseksual patrzy na mnie oszolomiony, swoimi czarnymi oczkami spod pedantycznie wyskubanej liniii brwi, ludzie z wytrzeszonymi oczami odsuwaja sie nieznacznie...
robi mi sie go zal. nachylam sie nad nim, lapie za glowe i pakuje mu jezyk do ust. ecco ti! masz! tego chciales? sei contento? po czym wybiegam przez otwarte drzwi spluwajac obficie...

poniedziałek, listopada 12, 2007

dlan

biale podbrzusza tyrrenskich mew na tle grafitowego nieba zataczaja coraz to wezsze kregi nad piazza venezia, by po osiagnieciu swoistego punktu kulminacyjnego rozleciec sie na wszystkie strony, by zgubic sie w przeplatanej pulsujacymi swiatlami miasta czerni nocy. przedstawienie skonczone. czas zazyc doustnie tygodniowa dawke pinta lub dwoch stouta. idac w kierunku via plebiscito, mijam spiacych w witrynach towarzystwa ubezpieczeniowego bezdomnych, owinietych w swoje brudne lachmany. miejsce to wypelnia przedziwna mieszanina zapachow, dociera tu bowiem won pieczonych przez banglijczyka kasztanow, drogich perfumow i spalin, ktore lacza sie w przedziwna kompozycje z odorem niemytych cial, niepranych ubran, odparowanego moczu oraz zaschnietego kalu.
turysci wraz z nielicznymi tubylcami szybkim krokiem mijaja to miejsce zapomniane przez boga i straz miejska, gdzie wypoczywaja postaci godne ostatniego z kregow dantejskiego piekla, odwracajac ostentacyjnie wzrok.
na chodniku lezy dlon. ladna, ksztaltna dlon o dlugich smuklych palcach koloru dojrzewajacych oliwek, troche brudna, troche tlusta. ta dlon wystaje z jednej z witryn, wystaje spod koca. przystaje na moment, by wyczytac z niej zapisana w czarnych od brudu liniach przeszlosc i przyszlosc. nic ciekawego. klade na niej monete i odchodze. dlon drgnela pod wplywem ciezaru dwueurowki, palce zacisnely sie, badajac zimny kawalek metalu, koc uniosl nieznacznie, ukazujac blyszczace oczy i zdziwiona, rozbudzona twarz.
surpriseeeeeeeee

sobota, listopada 10, 2007





















Frankfurt Oder, October 2007.
My new old home. This is it for the next few months. I am so happy!
I love my job, I love Berlin, I love FFO's green parks, the Oder, my flatmates.
Life's being nice to me.
Italy's waiting, Wroclaw is waiting. I'm coming, though :)
And when are you coming over?